poniedziałek, 11 lutego 2019

Entuzjazm.


Jak dobrze, że istnieją drugie szanse. Wiem, zaraz ktoś powie, że nie we wszystkich dziedzinach istnieć powinny, ale bez zbędnego filozofowania – w muzyce chwalić ich istnienie należy. No bo weźmy taki Belliciste i ich ostatni krążek – w momencie premiery zauważyłem jego istnienie, nawet z raz czy dwa posłuchałem – spodobał mi się, ale miałem wtedy taki nawał muzyki, że po prostu przepadł jak rozum po litrze gorzałki. Ale tak jak rozum wraca, tak wrócił on. Opatrzność jednak czuwa! No dobra, może nie opatrzność tylko załoga Werewolf Promotion – w każdym razie druga szansa nie została zmarnowana.


Powiem więcej, przerodziła się w delikatne uzależnienie od „Bardachd Cogaidh” i jedynie fakt, że na półce leży stosik płyt do zrecenzowania pozwala mi zachować umiar w słuchaniu tego albumu. Dobra, może lekko się zagalopowałem ale faktycznie jest to bardzo dobra płyta. Black metal w wykonaniu Belliciste dosłownie porywa, tyle w nim energii, emocji i – nie oszukujmy się – pięknych fragmentów wypełnionych wspaniałymi melodiami, riffami czy aranżami. W pierwszej chwili pozytywnie zaskoczył mnie też fakt, że zespół jest z Nowej Zelandii, bo przecież nie jest to ojczyzna rasowego czarnego grania. I faktycznie, nie jest, bo z tą Nową Zelandią w przypadku Belliciste to tak nie do końca prawda. Wprawdzie założyciel i kompozytor (zespół to duet, perkusista jest Węgrem) pochodzi z tej egzotycznej krainy ale od lat mieszka w Europie. Jeśli wierzyć Metal Archives to najpierw w Szkocji a teraz na Słowacji. Nie wiem czy z tym ostatnim krajem to prawda, bo Krigeist jest także członkiem wyspiarskiego Barshasketh, nie zmienia to jednak faktu, że miał już wiele lat by całkowicie nasiąknąć europejskim black metalem. I to bez żadnych wątpliwości słychać na ostatnim krążku jego zespołu. Nie znajdziemy tu jakiejś egzotyki, nie spodziewajcie się rytualnej muzyki z Antypodów czy maoryskiej haki na otwarcie. Oczekujcie natomiast czterdziestu minut doskonałej muzycznej uczty, podlanej z lekka siarką i doprawionej zimną aczkolwiek bogatą melodyką. Nie ma tu też piwnicy ani wielkiej stęchlizny, są za to momenty bardzo podniosłe i bojowe. Cały album odbieram jako mocno uduchowiony, przepełniony atmosferą zwycięstwa oraz entuzjazmu. To nie jest płyta z cyklu „jesienne zamyślenie” czy „mizantropiczna kontemplacja bytu pośród leśnych ostępów”. To płyta przy której chce się wziąć zapałki i kanister ewentualnie kałasznikowa z wielkim zapasem amunicji. Bardzo chciałbym wymienić najlepszy utwór czy jakieś zapadające w pamięć fragmenty, ale nie potrafię. Bo tu wszystko, od pierwszej do ostatniej minuty, jest bardzo dobre. To jeden z tych krążków, które stanowczo za szybko się kończą i to nie tylko podczas pierwszego spotkania. Play - repeat, play - repeat, życie, praca, play – repeat, play – repeat, sen, play -repeat i tak można długo, bo „Bardachd Cogaidh” się po prostu nie nudzi. Pozornie wydawałoby się, że tak czytelny materiał osłucha się po kilku razach, ale jest wprost przeciwnie. Tyle tu dobra muzycznego, tyle zmian w zakresie aranżacji i tyle po prostu zwyczajnie fajnego grania, że jedyne co można zrobić to słuchać po kilka razy dziennie. Inaczej się z tym albumem nie da. W każdym razie ja nie umiem. 

Belliciste - „Bardachd Cogaidh”. Werewolf Promotion / Sigillvm Tenebrae Records / Todestrieb Records, wrzesień 2018. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz