poniedziałek, 18 lutego 2019

Czarna śmierć w Zielonej Górze.


Zielona Góra to miasto stare. Stare miasta mają to do siebie, że niejednokrotnie przetacza się przez nie wiatr historii, raz łagodny, kiedy indziej huraganowy. Największe miasto województwa lubuskiego podczas setek lat swego istnienia tych największych huraganów nie doświadczyło wiele (dobra, umówmy się – jak na standardy miasta europejskiego), ale nie znaczy to, że panowała tam tylko sielanka a winorośl rosła w spokoju i zapewniała mieszkańcom wieczny stan radosnego upojenia. Okazuje się, że myszka miki nie zawsze była uśmiechnięta a Falubaz zwycięski (szczególnie w średniowieczu i wczesnej nowożytności). W lutym tego roku miasto zyskało nowego kronikarza, który postanowił przedstawić nam kilka ciemnych epizodów z historii swego grodu a uczynił to wydając „Grünberger”.






Mamy XXI wiek, nie jest to więc opasłe tomiszcze z pieczołowicie wykaligrafowanym tekstem tylko audiobook, co na pewno przyciągnie młodych ludzi. To ważne, bo wiadomo jak dzisiejsza młodzież garnie się do nauki historii. Cieszy fakt okraszenia wszystkiego piękną ścieżką dźwiękową a okładka zachwyca (Maciek Kamuda - ukłony). Wszystkie te elementy zwiastują wielki sukces najnowszego dzieła dotyczącego stolicy żużla i polskiego wina. Autorzy „Grünberger” postawili na formę krótkich rozdziałów, z których każdy traktuje o innym wydarzeniu. Jest ich dziesięć i w sumie dają prawie czterdzieści minut dźwiękowego przekazu pełnego ciekawych informacji. Forma jest więc przejrzysta, budowa prosta i nawet średnio inteligentny młody człowiek nie powinien się zgubić. Można odnieść wrażenie, że twórcy dobrze przygotowali się do pracy, koncepcji i publikacji bo całość robi bardzo profesjonalne i pozytywne wrażenie, pomimo faktu iż słuchamy o zarazach, pożarach, gwałtach, mordercach czy Armii Czerwonej. Cóż, ktoś wreszcie musiał pochylić się nad tymi ciemnymi kartami Zielonej Góry i dobrze że zrobił to duet doświadczony, publikujący już wcześniej, choć nie tak koncepcyjne i monograficzne dzieła. Na początku swej poważnej naukowej kariery opublikowali co prawda zbiór tez dowodzących, że diabeł mieszka właśnie w Zielonej Górze, ale dopiero dziś są na tyle w swej pracy przekonujący, że trudno się nie zgodzić. I nie ulec sile argumentów a są to argumenty o wadze ciężkiej. Świat akademicki skupiony wokół obszarów niszowych i tematów roztrząsanych często nad kuflem w okolicznościach nie zawsze przypominających uniwersyteckie aule, bez wątpienia nie przejdzie obojętnie obok najnowszych efektów żmudnej pracy profesorów Mihu i Pavulona. Nie dość, że merytorycznie stworzyli coś w swej dziedzinie rzadko spotykanego, to udało im się to podać w formie albumu w ich twórczości najdojrzalszego, wreszcie pełnego, wreszcie w każdym aspekcie dopracowanego i porywającego. Poprzednie prace, choć dobre, gdzieś zawsze lekko niedomagały, tak jakby nie wszystkie elementy były na swoim miejscu, taki do połowy ułożony tetris (ok, „Metal to the Bone” to klocki poukładane w trzech czwartych). „Grünberger” to od początku do końca album kompletny, wyśmienity, skończony w swej formie i treści. Niczego mu nie brakuje i niczego nie ma w nim za dużo. A to co w nim jest to najczystszy, krwisty, rasowy metal. Nie ma najmniejszego sensu doszukiwania się tu jakichkolwiek wpływów czy inspiracji, rozbijania na thrash, black czy death, bo to jest najzwyczajniej w świecie jedna z tych płyt, które mogą laikowi posłużyć za definicję metalu. Kopalnia riffów sypiących się jak pył spod motocyklowych kół, chłosta basem i perkusją i przede wszystkim niczym nieskrępowana, zwierzęca energia. Materiał wprost wymarzony do grania na żywo. Mogę sobie tylko wyobrażać co będzie się działo podczas takiego „Chapel of Death” (matko jasnogórska, co to jest za numer – jeden z moich faworytów do kawałka roku) czy „The Burning Flames of Ignorance” i nie jest to wizja partii szachów przy herbacie. Zresztą, wymienianie poszczególnych numerów w kontekście petard koncertowych nie ma sensu, bo „Grünberger” jest jedną wielką petardą i cokolwiek muzycy wybiorą powali publiczność na ziemię. 

Cieszę się. Tak zwyczajnie, jak facet, który dostał coś co lubi i nie zawiodło to jego oczekiwań. Wręcz je przerosło. Trzeci album Warfist to ich opus magnum i jedyne co mogę i chcę zielonogórzanom powiedzieć to gratuluję! Ruszać z tym potworem w Polskę i obracać w proch i pył kolejne miasta, niech diabeł zamieszka także w nich! 


Warfist - „Grünberger”. Godz Ov War Productions, luty 2019.



2 komentarze: