wtorek, 1 stycznia 2019

Zdegenerowana tradycja.


Siedzisz sobie w kinie, zadowolony, bo za chwilę zacznie się film, na który długo czekałeś. Jakiś czas wcześniej widziałeś trailer, który zapowiadał doskonały obraz, nie masz więc wątpliwości, że to będzie przyjemnie spędzony czas. Wszystko zaczyna się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi a potem… No właśnie, potem powinno rosnąć napięcie, niestety w połowie dzieje się coś bardzo, bardzo złego. Ktoś albo zmienia taśmę, albo reżyser oszalał, bo wydarzenia na ekranie są jak jakiś kompletnie inny film. Nie tego się spodziewałeś, nie taki rozwój wypadków zapowiadał trailer. Wkurwiony, przepychając się między ludźmi, wychodzisz z sali z poczuciem oszustwa.




Tak to mniej więcej wyglądało przy okazji mojego pierwszego spotkania z nowym albumem Peste Noire. Oczywiście nie było sali kinowej, popcornu i innych ludzi, był jednak spory zawód i rozgoryczenie. Doskonały „Aux Armes!”, który zapowiadał płytę, okazał się być zapowiedzią tylko jej połowy. Przyznaję, bardzo dobrej połowy, no ale jednak. Cały album trwa prawie pięćdziesiąt minut i jest podzielony na dwie części: tradycyjną i zdegenerowaną. Tylko ta pierwsza jest dla mnie strawna, ba – ona jest świetna a rozpoczynający ją wspomniany już „Aux Armes!” to utwór wspaniały, który wyrasta mocno ponad cały album. To utwór podniosły i smutny zarazem, pełen desperacji, bojowego ducha i atmosfery nieuchronnej katastrofy. To rozpaczliwy krzyk o ostatni zryw, to apel dogorywającej idei o walkę do końca, to wreszcie świetnie zagrany porywający black metal. Pasowałby do ostatniego albumu Baise Ma Hache (o nim tutaj). Ale tylko on, bo potem, mimo iż jest nieźle, to jednak jest to już tylko jazda w dół. Na część tradycyjną składa się jeszcze pięć utworów, wszystkie są mniej lub bardziej klasycznie black metalowe i tu nie spotyka nas wielkie zaskoczenie, bo jedyne co może podnieść brew to spora dawka melodyjności i złagodzenie muzycznej formy. Nie jest to jednak żadna tragedia, bo esencja przekazu Peste Noire - ta nieuchwytna ale wyczuwalna atmosfera beznadziejnej walki o coś co już jest stracone, ten przeklęty zapał, który każe iść pomimo nikłych szans na zwycięstwo - zostaje tutaj zachowana. Piękne melodie, smutne acz wzniosłe, bardzo dobre wokale Famine’a i natłok uczuć powodują, że słucha mi się tego wyśmienicie. Wszystko kończy się po piątym utworze, bo kolejnych pięć kawałków to część zdegenerowana, czyli coś co trudno mi opisać. Jest tu sporo elektroniki, sampli, jakichś podkładów, trochę rapu, trochę płomiennych deklamacji – generalnie straszny kocioł i pomieszanie dźwięków. Wszystko to daje coś, co dla mnie jako tradycjonalisty (bardzo trafna nazwa pierwszej części albumu), jest niestrawne. Nie mam zamiaru tego opisywać i analizować, bo zwyczajnie nie mam pojęcia o takim graniu i choć doceniam pewne eksperymenty, do pewnego stopnia lubię elektronikę, to jednak ten fragment twórczości Francuzów pokonał mnie i przerósł. Może tak ma brzmieć głos dzisiejszej rewolucji, ale jeśli tak, to ja zostanę przy tym wczorajszym. 

To mógł być album wspaniały. Zamiast tego dostaliśmy bardzo dobre dwadzieścia sześć minut. Nie mam zamiaru zachowywać się jak rozkapryszony pięciolatek, nie będę tupał nóżkami i płakał podczas odsłuchu, po prostu przestaję w pewnym momencie słuchać. Zabieram zabawki i wychodzę z kina, po co się męczyć? Boli trochę fakt, że singiel – tak doskonały singiel – zakłamał rzeczywistość, ale mam przecież pełną świadomość wolności artystycznej i prawa twórcy do nagrania tego, co mu w duszy, sercu i głowie siedzi. Boję się tylko pomyśleć, co będzie zawierał kolejny album zespołu, który naprawdę lubię i szanuję. No ale tym będziemy się martwili kiedy już go wydadzą. W tej chwili pozostaje zachwyt przy „Aux Armes!”, bo to jeden z najlepszych black metalowych utworów jakie słyszałem w ostatnich miesiącach. 


Peste Noire - „Peste Noire – Split – Peste Noire”. Militant Zone, grudzień 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz