niedziela, 6 stycznia 2019

W hołdzie klasykom i nie tylko.


Thrash metal już od dawna nie krąży w orbicie moich zainteresowań, co potwierdza częstotliwość pojawiania się tu jego reprezentantów. Mam wrażenie, że w tym gatunku powiedziano już wszystko i jedyne co pozostało to klepać wciąż te same kotlety. Bez wątpienia odnosi się to do tej wygładzonej, oficjalnej strony thrashu, płynącego najczęściej ze Stanów. Na szczęście mamy jeszcze podziemie, które i w tym gatunku skrywa młode, utalentowane i interesujące zespoły. Jednym z nich jest krakowski Pandemic.


Sebastian Wikar. RIP. 
Miesiąc temu na koncercie Czorta w Katowicach spotkałem Marcina z Mythrone Promotion i tym sposobem w moich rękach wylądowała wydana w 2018 roku EPka „Deaf Nite”. Chciałbym napisać, że materiał to świeżutki, jednak nie mogę, bo cztery kompozycje z tego krążka pochodzą z lat wcześniejszych, gdy jeszcze żył założyciel zespołu i kompozytor całości, Sebastian „Sharp” Wikar. Zmarł niespodziewanie w marcu 2018 roku i to wydawnictwo jest hołdem złożonym jego pasji, twórczości i miłości do muzyki. Oraz jemu samemu. „Deaf Nite” to osiemnaście minut thrashu starej szkoły, cztery kompozycje przenoszące nas do lat osiemdziesiątych, gdy ten gatunek święcił największe triumfy. Można tu przywołać całą paletę inspiracji muzycznych w której pojawi się masa klasycznych nazw. Mnie od razu przed oczami stanęła Metallica i jej „Kill’em All” ale byłoby to zbyt duże uproszczenie sprawy, bo Pandemic w swojej muzyce odwołuje się i do klasycznego heavy i do speed metalu, fundamentem czyniąc jednak stary, dobry, lekko brudny i piekielny thrash. Białe adidasy, obcisłe gacie i katany z setkami naszywek mile widziane. I choć takie akcje w 2018 roku najczęściej wzbudzają u mnie lekki uśmiech politowania (choć sam tak biegałem, ale na początku lat dziewięćdziesiątych), to muzycznie nie mam się do czego przyczepić. Słucha mi się tego materiału wyśmienicie, nawet pomimo tego, że nic tu oryginalnego, nic nowatorskiego i odkrywczego. A może właśnie dlatego. Bo Pandemic budzi we mnie dużo sentymentalnych wspomnień. No i przecież w takim graniu nie chodzi o wynalezienie koła. To po prostu oddanie hołdu idolom z dawnych lat, podążanie drogą przez nich wyznaczoną najlepiej jak się potrafi. A krakowski zespół potrafi. Wielka szkoda, że Sebastiana już z nami nie ma, bo w tych kompozycjach jest i porywająca nośność i siła i pewna dawka przebojowości, która ten materiał czyni wprost stworzonym do grania na żywo. Słychać, że czuł tę muzykę, rozumiał i naprawdę kochał. Gdyby nie ta stanowczo przedwczesna śmierć, zaserwowałby nam pewnie jeszcze niejeden dobry, taneczny utwór. Na szczęście, wbrew pierwotnym zapowiedziom, zespół będzie kontynuował działalność. Widziałem już zapowiedzi koncertów na 2019 rok, oraz informacje o tworzeniu nowego materiału. To chyba najlepsza forma uhonorowania założyciela zespołu. Potencjał jest, w składzie zespołu jest też człowiek z zacnego Gallower, więc liczę na brudną, piekielną petardę w starym, sprawdzonym stylu. Brawa dla chłopaków i Defense Records, że po śmierci lidera podjęli rękawicę i nie tylko wypuścili „Deaf Nite”, ale postanowili nieść ducha starych bogów w przyszłość. Serce rośnie. 

Pandemic - „Deaf Nite”. Defense Records, 2018 rok, numer katalogowy Defense 067. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz