piątek, 18 stycznia 2019

To co we krwi.


Akolyytti. Black Metal. Finlandia. Black Metal. Finlandia. Finlandia. Mam nadzieję, że zrozumieliście przesłanie. Dobra, dla tych co czytają mnie pierwszy raz, szybkie wyjaśnienie – Finlandia to moja duchowa ojczyzna a jej największym bogactwem poza lasami i jeziorami jest black metal, który tu już zachwalałem wiele razy i po prostu głupio robić to znowu. Użyłem więc wielce sprytnego szyfru, tych kilku magicznych słów będących jak wytrych otwierający każdy umysł, które stałym czytelnikom powinny powiedzieć wszystko. Może jedynie pierwszy wyraz brzmi tajemniczo, ale to się za chwilę zmieni.




Jakiś czas temu, przy którejś z kolei recenzji dobrego fińskiego albumu, pisałem, że chciałbym się poświęcić pracy badawczej w tym niedalekim kraju. Polegała by ona na zbadaniu fenomenu jakim jest black metal i metal w ogóle w kraju łosi i Muminków. Zrozumiałem, że nikt mi tego nie sfinansuje, postanowiłem więc odkładać sumiennie co miesiąc pewną okrągłą sumkę. Plan zakłada, że za jakieś dziesięć lat wyjadę nie martwiąc się o finanse i zacznę wędrówkę pomiędzy jeziorami by zgłębić tajemnicę mrocznej fascynacji tego niewielkiego narodu. Im człowiek starszy, tym bardziej chce coś po sobie zostawić poza długami i kiepską opinią. To będzie dzieło mojego życia, ale zanim zrealizuję ten szczytny cel, zdążę Was jeszcze pomęczyć black metalem z krainy jezior. Przeglądałem sobie ostatnio katalog wydawniczy gdańskiej Dark Omens i w oczy rzuciła mi się podejrzanie zachęcająca fińsko brzmiąca nazwa Akolyytti. Takie wyrazy działają na mnie jak Monica Bellucci w Malenie, więc bez zastanowienia odpaliłem „Origin – Igniting the Luciferian Flame”. Fajne intro, trzy fajne numery, fajne intro i znowu trzy fajne numery. Układ taki a nie inny, bo jest to kompilacja dwóch demówek, czyli całego dotychczasowego dorobku zespołu. Pierwsza - „And from the Ashes I Rose” pochodzi z 2015 roku, druga „Torch of the Black Flame” jest rok młodsza. Obie wyszły jedynie na kasetach, stąd zapewne idea wrzucenia ich na wspólny krążek a co za tym zwiększenia ich dostępności dla potencjalnych odbiorców. Szanuję takie akcje dopóki płyty nie kończą na półkach hipermarketów, na szczęście w tym przypadku nikomu to nie grozi. To nadal podziemny, fiński black metal, więc nie oszukujmy się – Eurowizji nie wygrają. Nie jest to zresztą jakieś wybitne dzieło, ot – solidny, dobry black metal z tym fińskim tajemniczym duchem, który dokłada jedna gwiazdkę do każdego tamtejszego materiału. Akolyytti nie potrzebuje jednak magii by się obronić, bo tajemniczy duet ALH i A.T.H postawił na sprawdzone w boju granie w stylu podziemnych klasyków takich jak Infernum, Graveland czy stary Emperor (tak głosi notka na Bandcampie i jest w niej bardzo dużo prawdy). Mamy tu piwniczny powiew lasu, mroczne klawisze, oszczędne acz złowieszczo wysokie wokale i potężną dawkę mroku w klimacie mnie najbardziej kojarzącym się właśnie z Infernum. Czyli jest bardzo smacznie. Efekt jest taki, że otrzymujemy dwadzieścia pięć minut rasowego black metalu fundującego nam podróż w czasy, gdy black metal był black metalem a nie rurkami z kremem bądź nogami w rurkach. Wyśmienicie się tego słucha i ani na jotę nie zmienia tego fakt, że muzyka Finów nie jest w żadnym stopniu odkrywcza. W dobie tych wszystkich wynalazków (często bardzo ciekawych, przyznaję) takie materiały udowadniają jak ponadczasowy jest klasyczny black metal. Przypomina, że choćby nie wiem jak wielki był zalew eksperymentów, fundamenty są na tyle silne, że kilka awangardowych pięter im w żadnym stopniu nie zaszkodzi. Tak to w każdym razie działa w moim przypadku, bo nowatorskie granie może mnie porwać na miesiąc czy dwa ale klasyczne porywa mnie od ponad dwudziestu lat. I to się nie zmieni, bo we krwi mam black metal taki, jaki znajdziecie na „Origin – Igniting the Luciferian Flame”. 


Akolyytti - „Origin – Igniting the Luciferian Flame”. Dark Omens Production, wrzesień 2018.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz