niedziela, 20 stycznia 2019

Potwierdzenie rozwoju.


Grief ostatnio nie próżnuje. Niedawno pisałem o debiucie jego drugiego projektu (tutaj) a dziś pochylam się nad kolejną płytą Nyctophilii, która jest jego podstawowym muzycznym światem. „Ad Mortem Et Tenebrae” przychodzi rok po udanym „Darkness Calls Upon Me”, o którym miałem przyjemność pisać w maju. Wtedy też stwierdziłem, że projekt dobrze się rozwija i z płyty na płytę Grief oferuje nam coraz ciekawszą muzykę. Założyłem sobie, że kolejny album będzie swego rodzaju sprawdzianem ewolucji i możliwości muzyka, przyszedł więc czas na ich zweryfikowanie.





„Ad Mortem Et Tenebrae” to pięć długich utworów dających nieco ponad czterdzieści minut muzyki. Nic to więc nowego, bo do takich długości zarówno albumów jak i samych utworów Grief zdążył już przyzwyczaić. Wysoki poziom trzyma oprawa graficzna co jest kolejną stałą jeśli chodzi o jego twórczość. Cieszy mnie fakt przywiązywania przez twórcę wagi do tych wszystkich teoretycznie pobocznych elementów, bo zawsze będę powtarzał, że płyta i wizerunek zespołu to nie tylko muzyka. Finalnie jednak uwaga skupia się na niej i w tym obszarze wielkiego zaskoczenia nie ma. Wszystko co najlepsze na czwartym pełniaku Nyctophilii znajdziemy w pierwszym utworze. I to właśnie „Untill Death...” jest tutaj znakiem rozwoju i postępu oraz pożądanej zmiany. Bardzo ucieszyłbym się, gdyby był on wyznacznikiem przyszłej twórczości projektu choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to kompozycja w stu procentach reprezentatywna dla dotychczasowych dokonań Filipa. To utwór szybki, w pewnym stopniu chwytliwy, dość przestrzenny a zarazem agresywny. Trwa osiem minut ale dzięki bogactwu aranżacji nie przynudza. Jego największym plusem jest wspomniana już szybkość czyli po prostu energia jaką ma w sobie. I teraz dochodzimy do sedna sprawy, czyli DNA Nyctophilii, które jest inne i tak naprawdę pokazuje się od drugiego numeru. Biorąc pod uwagę to, że Grief swoje szybsze i bardziej agresywne oblicze zaczął realizować w Thurthul, trudno mi oczekiwać, że „Untill Death...” będzie drogowskazem na przyszłość. W każdym razie zdziwiłbym się, bo niosłoby to ze soba ryzyko kopiowania pomysłów. Z drugiej strony nie wiem jak często wspomniany Thurthul będzie coś wypuszczał, więc może nie jest to jakimkolwiek zagrożeniem. Sporo tu niewiadomych i trochę mieszam, ale mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Mam też nadzieję, że sam Grief wie co chce w każdym z tych projektów tworzyć, bo inaczej boję się, że się zaplącze. Nyctophilia rozwija się dobrze, aczkolwiek jakby dwutorowo, z czego jeden tor idzie w kierunku Thurthula… Dobra, to są kompletnie niepotrzebne tu dywagacje, pozwólmy artyście robić co uważa za stosowne i tak jak mu w duszy gra. Wracając do albumu. Od drugiej kompozycji dostajemy Nyctophilię dobrze znaną, wolniejszą, bardziej gęstą, bardziej depresyjną (aczkolwiek nie jakoś przesadnie, to taka stonowana mizantropia) ale wciąż klimatyczną i bogatą aranżacyjnie. W tej ostatniej kwestii postęp znowu jest zauważalny, co potwierdza, że twórca się rozwija. I wszystko byłoby naprawdę fajnie, bo to płyta, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że poniżej pewnego poziomu Nyctophilia nie zejdzie, powiem więcej – ten poziom z płyty na płytę rośnie, gdyby nie wokale. W moich oczach to największy hamulec rozwoju projektu. Podczas gdy wszystko inne się rozwija, one wciąż są takie same, w pewnym momencie lekko męczące. Tu potrzeba większej różnorodności, może po prostu czas zaprosić kogoś innego za mikrofon? Albo popracować nad głosem i jego aranżacją jeszcze mocniej? W tej chwili to jedyna rzecz, której mi w twórczości Nyctophilii brakuje, bo muzycznie to naprawdę dobry, solidny i ciekawy album. 


Nyctophilia - „Ad Mortem Et Tenebrae”. Wolfspell Records, grudzień 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz