niedziela, 13 stycznia 2019

Pląsy ze śmiercią.


Danse macabre. Taniec śmierci. Czeka każdego, bez względu na pochodzenie, status społeczny, bogactwo czy władzę. Jest nieuchronny, wisi jak katowski topór i tylko czeka, by nas porwać w swój wir. Z kościstą panią zatańczyć, przed kosą się pochylić. Nie ma znaczenia przeszła chwała, nie ma znaczenia ludzka świadomość. Jest tylko Jej osąd, muzyka ostatniego kroku i trupi taniec na gruzach życia. Danse macabre. Totentanz.


Taniec śmierci to popularny w późnym średniowieczu motyw w sztuce, ukazujący ludzi wszystkich stanów w obliczu śmierci (tańczących ze szkieletami), która była dla nich taka sama, czyniła ich równymi. Motyw w tamtych czasach spopularyzowany, ale przecież jego przesłanie aktualne jest od początków ludzkości do teraz. I pewnie zawsze będzie. Sięgnął po niego także pilski Sarg, który swój ostatni album zatytułował właśnie „Totentanz”. Nie wiem na ile koncepcyjny jest to album, gdyż nie mam dostępu do wszystkich liryk, ale okładka (swoją drogą bardzo fajna, nawiązuje do założenia że wszyscy są wobec śmierci równi tańczącą ze szkieletami matką boską) plus tytuły utworów (czyli po prostu Totentanz od jeden do dziewięć) i oczywiście tytuł płyty, pozwalają podejrzewać, że jest to zamknięta całość obracająca się wokół śmierci. Nie jest to nowe dzieło, bo szósty pełniak Sarg ukazał się w pierwszej połowie 2017 roku, czyli jak zwykle mam opóźnienie. Ważne, że mnie nie ominął, bo choć nie jest to black metal najwyższej próby, to na pewno ciekawy na tyle, by poświęcić mu trochę czasu. To co najbardziej cieszy, to fakt, że Sarg idzie ciągle swoją drogą, tkwiąc w głębokim podziemiu i serwując nam kolejne albumy pełne bluźnierstwa, prostego black metalu i diabła. I nie jest to żadna przesada, bo słowo „szatan” pada na tej płycie częściej niż deszcz w Anglii. Ale tym, za co zawsze najbardziej doceniałem twórczość tego jednoosobowego projektu, jest umiejętność inkorporowania pierwiastków filozoficznych, egzystencjalnych, czegoś, co wychodzi poza proste bluźnierstwa i ciągłe krzyczenie o szatanie (tak, paradoksalnie pomimo nagminnego używania tego słowa). Świadczy to o tym, że twórca nie jest osobnikiem ograniczonym tylko i wyłącznie do plucia bogu w twarz ale chce nam przekazać coś więcej. Doceniam to jak najbardziej, szkoda tylko, że nie ma możliwości poznania reszty liryk (we wkładce znajduje się tylko tekst do zamykającego album Totentanz IX). Album trwa czterdzieści minut i jest dziełem dość jednorodnym, bez żadnych praktycznie szaleństw i eksperymentów. Jedynym ubarwieniem są zastosowane w kilku numerach sample, dość udanie podkreślające i budujące klimat. Sarg gra w sposób prosty, dosadny, klasyczny black metal przeplatając klasycznym black metalem. Najciekawsze wydają się być utwory spinające album, czyli otwierający i najdłuższy, bo trwający osiem minut, zamykający. To co w środku można określić szybko i łatwo – black metal w ujęciu takim, jakim być powinien, czyli bez zbędnych pierdół i błyskotek. Żaden szał, ale na pewno solidna robota. Momentami trochę irytuje mnie perkusja, która (szczególnie w drugim numerze) wali takie patataje, że i lekka jazda litewska by się nie powstydziła. Na szczęście nie jest to nagminne. Dominują tempa średnie i szybkie, ale samych blastów często tu nie uświadczymy. Interesujące jest brzmienie, bo jest mu daleko tak do piwnicy, jak i do chłodu północnego wiatru. Jest raczej gęste i zbite, trochę odhumanizowane, aczkolwiek bez obaw – żaden z tego industrial. Podsumowując – kolejny solidny materiał , który co prawda nowych szlaków nie wytyczy, tak dla gatunku jak i samego Sarg, ale potwierdza mocny poziom projektu i pokazuje, że można stworzyć coś ciekawego bez konieczności sprzedawania swej tożsamości. 

Sarg - „Totentanz”. Black Death Production / Putrid Cult, 2017 rok, numer katalogowy BDP042 / Putrid 79.






"Totentanz" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz