niedziela, 2 grudnia 2018

Szwedzki death metal jak u mamy.


Mam pewien dystans względem tych wszystkich zespołów zakochanych w Entombed i Dismember, które zapragnęły odtworzyć dokonania swoich idoli w skali 1:1. Ot, zebrała się garstka młodych ludzi, którzy na próbach nawet nie próbują wymyślać czegoś nowego, a jedynie powielać standardy wyznaczone dawno temu przez legendy w danej niszy. Uważam, że znaczna część z nich zapomina, iż oprócz fascynacji czyjąś twórczością w death metalu chodzi przede wszystkim o żar i łupanie tego, co w duszy rzęzi. No, bo nie powiecie, że takie Autopsy, Immolation czy inny Grave grały w stylu “retro” czy na wzór jakiegoś trendu spopularyzowanego w metalowej niszy. I tak właśnie jest z LIK. Oni nikogo nie udają.





Od razu spieszę z wyjaśnieniem, że “Carnage” w żadnym wypadku nie jest oryginalnym krążkiem. Wręcz przeciwnie: miłość do “Death Metal” czy “Left Hand Path” wręcz kipi z tego krążka, ale mimo wszystko uważam, że LIK ma własną tożsamość. Oczywiście, zbudowaną na kanwie dokonań mistrzów, ale jednak. Bo główna cecha “Carnage” to przede wszystkim luz. Tutaj nikt z nikim się nie ściga i nikt nie próbuje udowodnić, że lepiej skopiował brzmienie death metalowych produkcji z Sunlight Studios. Odnoszę wrażenie, że granie death metalu sprawia ekipie z LIK ogromną radość, bo opisywany tutaj materiał jest pełen wigoru, żwawej sztokholmskiej motoryki i energii. Ot, chociażby taki “Rid You of Your Flesh”. Z heavymetalowego riffowania panowie szybko przeskakują do mielonki w typowo szwedzkim stylu i robią to w taki sposób, że aż głupio nie zarazić się tym entuzjazmem. Albo stojący zaraz obok “Celebration of the Twisted” - zaczyna się pełnokrwistym riffie w stylu “Souless” Grave, a im dalej w tej kopalni gruzu, tym szybciej i agresywniej. Ale nie tylko prędkość rzeczonych kawałków stanowi o świetnym poziomie “Carnage”. Ogromną robotę robi także produkcja, która jasno nawiązuje do złotych czasów death metalu napędzanego efektem gitarowym Boss HM 2, ale i nie odżegnuje się od współczesności. Całość brzmi mięsiście i soczyście, bez płycizny rodem z garażu. Jak do całości tej układanki dodamy bardzo dobre wokale Tomasa Akvika, który dba, aby każdy słuchacz zrozumiał, o jakich okropnościach krzyczy w swoich lirykach, to mamy absolut. Jeśli tak ma brzmieć muzyka wzorowana na dokonaniach tytanów szwedzkiego death metalu, jestem jak najbardziej za.

Ależ mnie ten “Carnage” zafascynował. Tutaj jest po prostu wszystko, czego wymagam od dobrej death metalowej produkcji. Dzicz bijąca z każdego riffu, sekcja rytmiczna skalibrowana na zniszczenie narządu słuchowego słuchaczy i realizacja godna czasów, w których żyjemy. Tak właśnie trzeba. Badajcie ten album, naprawdę warto.

Łukasz Brzozowski


Lik - "Carnage". Metal Blade Records, maj 2018. 




"Carnage" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz