niedziela, 9 grudnia 2018

Przyjacielski dialog.


Chapel Of Disease wcześniej nie znałem. Kilka miesięcy temu znajomy udostępnił kawałek zapowiadający ich najnowszy longplej i z czystej ciekawości posłuchałem, bo zachwalał a on najczęściej wie co mówi. Tym kawałkiem był „Song Of The Gods”, chwytliwy, hitowy wręcz numer. Nic więc dziwnego, że mnie kupił. Do tego doszła okładka, która przekonała mnie ostatecznie, że warto czekać na całość płyty. Dziś jesteśmy już po premierze trzeciego krążka Niemców. Nie mylił się kolega, nie zwiodła na manowce okładka. 





„...And As We Have Seen The Storm, We Have Embraced The Eye” (chwała krótkim tytułom!) to świetny album. Dawno nie słyszałem tak jawnie eklektycznej płyty. Jest ona zarazem sporym krokiem w konsekwentnym rozwoju zespołu, który zaczynał od klasycznego death metalu starej szkoły, by dotrzeć do miejsca gdzie tenże death metal spotyka się przy piwku z hard rockiem i obaj mają równie dużo do powiedzenia. Tym międzygatunkowym dialogiem stoi najnowszy krążek Chapel Of Disease. Nie ma tu kłótni, przekrzykiwania się, niepotrzebnych uwag personalnych, jest za to kulturalna rozmowa na tematy, w których pomiędzy rozmówcami panuje zgoda. Przytakują sobie i bardzo zręcznie się uzupełniają, są wobec siebie uprzejmi i żaden nie chce wybić się przed drugiego. Death metalowy ciężar przeplata się tu swobodnie z hard rockową dynamiką i luzem, gęstość riffów z lekkością melodii i gitarowych popisów godnych mistrzów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Płyta wręcz naszpikowana jest zachwycającymi momentami o których trudno zapomnieć właśnie ze względu na ich perfekcyjny eklektyzm. Trudno tak naprawdę wyrokować, który numer jest najlepszy czy najbardziej przebojowy, bo choć „Song Of The Gods” wydaje się być najbardziej oczywistym kandydatem, to po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu nie jest to ani trochę pewne. Choćby końcówka pierwszego „Void Of Words”. Ile tu się dzieje i co te gitary wyczyniają! Drugi „Oblivious-Obnoxious-Defiant” ze świetnymi wokalami, chyba najlepszymi na płycie oraz świetnym motywem przewodnim. Czy wreszcie czwarty, bardzo balladowy ale w żadnym razie ckliwy „1.000 Different Paths”. Zamykający album „The Sound Of Shallow Grey”, zaczynający się jak rasowy death metalowy killer, z całą należną mu agresją i nienawiścią, niespodziewanie przechodzący w hard rockową estetykę wprowadzającą gitary rodem z największych hitów, które kiedyś rozpalały całe stadiony i pędzący już do końca z dynamiką tamtych dawnych herosów. Zresztą, tu w każdym kawałku jest coś, co predestynuje go do bycia hitem. Podczas pierwszego odsłuchu co chwilę otwierałem szerzej oczy i szeroko się uśmiechałem zaskoczony jak łatwo i naturalnie przyszło Niemcom połączenie tych pozornie dalekich od siebie gatunków, tak by żaden nie ucierpiał, żaden nie stracił a przy okazji by album był naprawdę przebojowy. I co najważniejsze – przebojowy nie na siłę, tylko szczerze i bez większej napinki, z ogromną dawką luzu, bez odrobiny pretensjonalności. To uczucie zaskoczenia z kolejnymi odsłuchami znika zastąpione czystą radością płynącą z obcowania z trzecim krążkiem Chapel Of Disease. Bo ta płyta jest naładowana niesamowitą pozytywną energią, jakkolwiek brzmi to w odniesieniu do death metalu. Pamiętajmy jednak, że przy tym samym stole siedzi hard rock i ochoczo stawia nowe kolejki. Na zdrowie! 

Po takim albumie wypada się tylko zastanowić, co przyniesie kolejny. Z drugiej strony, za wcześnie na to, najlepiej odpalić „...And As We...” i dać się ponieść a myślenie zostawić panom z Chapel Of Disease. Głowy mają nie od parady. 

Ocena: 10/10 

Chapel Of Disease - „...And As We Have Seen The Storm, We Have Embraced The Eye”. Van Records, listopad 2018.



"...And As We Have Seen..." na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz