poniedziałek, 3 grudnia 2018

Francuski duch bojowy.


W kontekście mojej oceny francuskich popisów na polach bitewnych dwudziestego wieku jest to trochę przewrotny tytuł. Bardzo lubię dowcipy o lusterkach wstecznych w czołgach, drzewach w Paryżu, białej fladze czy sławetnym ruchu oporu i jako człowiek znający trochę historię nie ze wszystkich śmieję się bez powodu. O państwie Vichy to już w ogóle lepiej nie wspominać, choć biorąc pod uwagę zespół o którym dziś będzie, to kto wie… Z drugiej strony mieliśmy też Wielką Wojnę (pierwsza wojna światowa), w której Francuzi stawali dzielnie i złożyli wielką daninę krwi. Kto wie czy w 1940 nie poszłoby im lepiej, gdyby do walki zagrzewał ich najnowszy album Baise Ma Hache.




Tu jednak pojawia się kolejna dwuznaczność, bo gdyby ludzie z Baise Ma Hache (polecam przetłumaczenie sobie nazwy zespołu) mieli jakikolwiek wpływ na tamte wydarzenia, to prawdopodobnie doszłoby do szybkiego podpisania sojuszu, zamiast upokarzającej porażki. Nie będę się zagłębiał w tematy ideologiczne, wszyscy wiemy z której strony sceny wywodzi się francuski zespół (i było nie było, wciąż tam jest). Co ciekawe swym ostatnim albumem wyniósł w jakimś stopniu ten nurt w black metalu ponad podziały, bo poruszył ludzi, którzy dotąd nawet nie spoglądali w tamtą stronę. Zdecydowały o tym dwie istotne rzeczy. Po pierwsze, doskonała muzyka. Po drugie, lekkie złagodzenie wizerunku, na które, tak sądzę, w pewnym stopniu wpłynęło przyjęcie do zespołu Hreidmarra, który ma za sobą choćby lata spędzone w Anorexia Nervosa. Można w każdym razie odnieść wrażenie, że zespół postanowił trochę swój przekaz ucywilizować i zrobić bardziej przystępnym. Muzycznie „F.E.R.T” (idąc tropem tekstu tytułowego utworu skrót można rozwinąć jako „Frappez, Entrez, Rompez Tout”, co w moim wolnym tłumaczeniu daje „Trafić, wejść, złamać wszystko” - ale żaden ze mnie specjalista od francuskiego) zrywa z łatką kopii Peste Noire, zrywa też z klasycznym black metalem, któremu bliżej do drugiej fali. Najnowsze dzieło francuskiego tercetu jest cholernie epickie, emanujące potęgą i mocą, której próżno szukać na poprzednich wydawnictwach czy w stricte black metalowych dziełach z lat minionych. Ta podniosłość, bojowy zapał i ogień rewolucji wręcz wylewają się z prawie każdej minuty „F.E.R.T”. I to faktycznie działa, bo w wielu momentach mam ochotę stanąć na baczność a zaraz potem pójść ginąć za słuszną (bądź nie, ale to bez znaczenia) sprawę. Spotkamy tu też momenty smutniejsze, nostalgiczne, wspominające dawną wielkość i czasy chwały ale w tej konwencji i stylistyce to naturalne. Wyróżniają się tu „Traite du rebel”, z ciekawą deklamacją, ostatni „Deliverence” czy początek „Baise Leur Monde Immonde”. Zwraca także uwagę klawiszowy „Aux modernes”, będący czymś w rodzaju krzyku rozpaczy połączonego z wezwaniem do walki. Poza tym jednak ten album to epicka pieśń wojny, przy której dokonywanie bohaterskich czynów wydaje się tak naturalne jak oddychanie. Płyta jest bardzo bogata, ciekawa, zróżnicowana i po prostu interesująca. A początek tytułowego numeru to potwierdzenie francuskiej umiejętności zbudowania narodowego klimatu z ludowym akcentem, coś z czego słynie choćby Peste Noire. Baise Ma Hache tym albumem pokazuje, że biała flaga zdecydowanie nie jest ich sztandarem i swój język mają. „F.E.R.T” wprowadził ich do ekstraklasy francuskiego podziemia (no właśnie, czy jeszcze podziemia?) bo z tak ciekawą płytą, z tak rozbudowaną muzyką, jedynymi którzy mają szansę im dorównać w tym poszukiwaniu nowych środków wyrazu są panowie z Peste Noire. Oni swój album wydadzą w grudniu i wtedy się przekonamy kto ciekawiej zapakował nie do końca wygodny dla wszystkich przekaz. 

Furia Francese!

Ocena: 9/10


Baise Ma Hache - „F.E.R.T”. Hammerbolt Productions, 2018. 




"F.E.R.T" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz