środa, 12 grudnia 2018

Dynamiczna teatralność.


Posiadanie utalentowanych muzycznie kolegów nie zawsze jest dobrodziejstwem. Pół biedy, gdy tworzą dobrą muzykę bo wtedy można po prostu szczerze docenić, przybić piątkę i cieszyć się dźwiękami. Gorzej, gdy muzyka jest do chrzanu a oni chcą poznać twoje zdanie. Trzeba jakoś im tę prawdę przekazać a to nie zawsze jest proste i przyjemne. Najgorzej jednak, gdy tworzą dobrą muzykę, ty lubisz o tej ostatniej pisać ale kompletnie nie znasz się na tym co grają. No dobra, może nie kompletnie ale nie są to rejony twojej codzienności. Co wtedy? Rzucasz ręcznik? 


Obraz inspirowany muzyką. Autor: Devinez

Nie. Słuchasz, słuchasz i jeszcze raz słuchasz. Bo już od pierwszych dźwięków podoba ci się to co słyszysz, intryguje, wciąga i każe słuchać ponownie. Po prostu nie od razu wiesz co o tym napisać a nie chcesz zrobić z siebie kompletnego dyletanta. Z drugiej strony nikt tego pisania od ciebie nie wymaga i pewnie świat istniałby dalej bez twojej recenzji, ale po prostu chcesz, bo kiedyś tam założyłeś sobie, że będziesz pisał o muzyce, która do ciebie trafia. A wydany niedawno debiut Yarn of the Wicked trafia jak najbardziej. Gdzieś dzwoni, mocno, po prostu nie wiesz w pierwszej chwili, który to kościół… choć to chyba nie najlepsza metafora, bo EP „Lore*Anne” to materiał koncepcyjny oparty o film „Don’t deliver us from evil”. Francuski obraz z 1971 roku opowiadający o dwóch nastolatkach (a jakże, ich imiona to Lore i Anne), które w burzliwym okresie dojrzewania zwracają się ku mrocznej ścieżce. Wszystko zaczyna się niewinnie, od czytania Charlesa Baudelaire’a (teksty na debiucie Yarn to właśnie jego wiersze), kończy tragicznie. Filmu nie widziałem, nadrobię. Filmowa natomiast jest sama muzyka polskiego duetu (tak, duetu, choć we wkładce widnieją czterej muzycy, to tylko Artur z Sauron w trzech osobach plus Artur z Misanthropic Rage) i jest to film rozbuchany, bardzo kolorowy i piękny ozdobnikami. Wszystkie środki wyrazu są tu trochę wyolbrzymione ale to jak najbardziej służy muzyce Yarn. Teatralność, którą tu dostajemy przywodzi na myśl lata siedemdziesiąte i mistrzów prog rocka, jest to zresztą skojarzenie bardzo trafne, bo taki był zamiar zespołu i nie kryją tego ani trochę. Gdzieś trafiłem na określenie black prog rock, które bardzo dobrze oddaje moje odczucia co do „Lore*Anne”. Spotkamy tu też lekką dawkę szaleństwa, psychodelii (bardzo ciekawe klawisze) ale przede wszystkim dużo dynamiki. Bo to co odróżnia Yarn od wielu prog rockowych wydawnictw to naturalna energia i entuzjazm. Świetnie w tę konwencję wpisał się wokal Artura, którego słyszałem w wielu produkcjach, ale nigdy tak mnie jego sposób śpiewania nie ujął. Nie smęci, nie płacze, tylko jest jednym z motorów napędowych płyty. Drugi Artur, który odpowiada za warstwę muzyczną, postarał się o to, by było ciekawie i niebanalnie, bogato aranżacyjnie i nie wiało nudą. Panowie świetnie się zgrali, zresztą, wszyscy, którzy maczali palce w tym materiale wykonali kawał dobrej roboty, bo pochwalić trzeba też Nihila za miks i mastering oraz Annę Malarz za oprawę graficzną. Jedyne co mnie mierzi, to dziwnie nagłe zakończenie pierwszego utworu, na szczęście początek drugiego szybko pozwala o tym zapomnieć. 

Nie jest to muzyka mojej codzienności, co już podkreślałem. I pewnie się nią nie stanie, choć mam zamiar do tego materiału wracać, bo jest po prostu dobry. Nie stanie się hitem sprzedaży (tym bardziej szanuję decyzję Tomka o wydaniu go), bo u nas taka muzyka to raczej nisza niszy, ale mam nadzieję, że do tych z otwartymi głowami dotrze a wśród nich znajdą się tacy, którzy docenią. Ale jeszcze większą nadzieję mam na to, że chłopaki coś pod szyldem Yarn of the Wicked w przyszłości wysmażą bo dość krótki debiut pozostawia spory niedosyt. 

Ocena: 8/10 

Yarn of the Wicked - „Lore*Anne”. Pagan Records, listopad 2018.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz