wtorek, 18 grudnia 2018

Duch przeszłości.


Końcówka roku przyniosła kilka ciekawych premier. Dwie z nich stały się faktem za sprawą Terratur Possessions. Ta norweska wytwórnia przyzwyczaiła do wysokiego poziomu swoich wydawnictw i dwie ostatnie premiery potwierdzają ten stan rzeczy. Tajemniczych debiutantów z Misotheist zostawimy na inny dzień, dziś skupimy się na drugim albumie Whoredom Rife. „Nid – Hymner av Hat” przynosi pięćdziesiąt minut świetnego black metalu, zagranego tak jakbyśmy mieli nie 2018 a 1995 rok.




W sierpniu zeszłego roku, gdy recenzowałem poprzedni krążek Norwegów, pisałem, że jest on dla mnie częścią odrodzenia tamtejszej, niegdyś wielkiej, sceny. Nie inaczej jest z jego następcą. Whoredom Rife idzie konsekwentnie swoją ścieżką, którą wytycza szacunek dla starej norweskiej szkoły i grania, które święciło tryumfy w latach dziewięćdziesiątych. I chyba właśnie dlatego duet z Trondheim jest dla mnie najlepszym dowodem na odrodzenie norweskiej potęgi. Pokazuje, że w tym stylu nie wszystko jeszcze zostało powiedziane, choć biorąc pod uwagę ilość płyt które zalały scenę dwie dekady temu, mogłoby wydawać się inaczej. Oczywiście lubię ewolucję, zmiany w ramach gatunku, wprowadzanie nowych elementów i pewną dozę eksperymentów o ile to wszystko nie tworzy cyrku i komedii. Jestem jednak człowiekiem, którego druga fala black metalu w jakimś sensie wychowała i swoje sentymenty mam. Kiedy odpalam „Dommedagskvad” czy tegoroczny „Nid – Hymner av Hat” to nie potrafię powstrzymać uśmiechu na ustach i radości w duszy. Whoredom Rife jak nikt inny z krainy fiordów budzi we mnie wspomnienia i momentami znowu czuję tę falę entuzjazmu, która towarzyszyła tamtym dniom. Dniom, gdy drakkary co miesiąc przynosiły album wybitny lub co najmniej świetny. Wystarczy choćby spojrzenie na okładkę drugiego pełniaka Norwegów, niby prostą w swej formie, niby oszczędną a jednak urzekającą i pełną głębi. Są obrazy, które mówią więcej niż tysiące słów a jeśli jest to obraz poparty bardzo dobrą muzyką, to czego chcieć więcej? Płyta jest długa, bo trwa pięćdziesiąt minut ale dla mnie jest to prawie godzina spędzona pośród fal, na wzburzonym morzu, w ogniu bitwy czy na przygotowaniach do wyprawy. I nie chodzi o to, że Whoredom Rife muzycznie maluje takie obrazy, bo to potrafił chyba tylko Quorthon. Oni niosą to klimatem swojej muzyki, oprawą graficzną, tekstami i tym duchem przeszłości sączącym się z każdego dźwięku. Drugi album zespołu jest trochę bardziej surowy od poprzednika, mniej tu przebojowości, choć pięknych melodii nie brakuje i co ciekawe, pomimo tego, że jest dłuższy nie wpływa to ani trochę negatywnie na jego odbiór. Utwory choć długie, są na tyle dobrze zaaranżowane, że nie ma mowy o nudzie. Poza tym, jak mógłbym się nudzić wracając w czasie do lat młodości i norweskiego romansu? Romans to jednak stanowczo za słabe słowo bo była to raczej (i jest nadal) wielka płomienna miłość. Różnie w życiu bywało ale norweski black metal zawsze w nim był i zawsze, bez względu na to co się działo, po jego klasykę sięgałem z przyjemnością. I o ile teraz pierwsze albumy Immortal, Mayhem, Ulver czy Darkthrone mogą już nie wywoływać tak wielkich emocji jak przy pierwszym spotkaniu dwadzieścia kilka lat temu, ale zawsze będą tą pierwszą miłością, tak nowe dzieła Whoredom Rife przynoszą ducha tamtych dni na tyle mocno, że są dla mnie w prostej linii spadkobiercą całego dobra, które Oslo, Trondheim i Bergen stworzyły w dawnych dniach. Są tacy, którzy twierdzą, że najlepszym wydawnictwem Norwegów jest ich debiutanckie EP. Nie zgadzam się, dla mnie osobiście każdy ich kolejny materiał to krok do przodu, to postęp i rozwój, to wreszcie lepsza jakość i po prostu ciekawsza muzyka. Ale ja kocham takie granie od wielu lat i trudno być mi obojętnym gdy stoję na brzegu a obok przepływa potężny okręt ze smokiem na dziobie gotowy by podbijać nowe, nieznane ziemie. 

Ocena: 9/10 

Whoredom Rife - „Nid – Hymner av Hat”. Terratur Possessions, listopad 2018.


"Nid - Hymner av Hat" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz