czwartek, 6 grudnia 2018

"Bawimy się formułą" - rozmowa z Wojtkiem, wokalistą Mentor.


Mentor wydał drugi album i cios jest to zacny. Postanowiłem wykorzystać tę okazję i porozmawiać z bdb kolegą, wokalistą tegoż zespołu, Wojciechem. Sam Wojtek to człowiek wesoły, otwarty, z potężnym głosem i masą zajęć, od Amigi po problemy prysznicowe Pana Ryby. Na szczęście, jak za chwilę przeczytacie, daje radę i znalazł nawet chwilę by odpowiedzieć na kilka prostych, sztampowych pytań. Zapraszam.


Ten z brodą to Wojtek. No dobra, ten z brodą i w okularach. 


PP: Dzień dobry Wojtku! Kilka dni temu odbyła się pierwsza edycja Church of Doom Festival, który organizowałeś. Impreza się udała, jesteś zadowolony?

WK: Impreza jak zakładałem wyszła fantastycznie, nie bez kozery w kuluarach nazywaliśmy ten spęd „Bdb Koledzy Fest” (śmiech). Towarzysko były to bardo udane dwa dni, ale oczywiście wykonawczo również nie było na co narzekać – zespoły, które zaprosiłem, nie były z przypadku i każdy z nich, bez wyjątku, zagrał udany koncert. Polska scena może obecnie bez wstydu konkurować z zachodem, bo naprawdę reprezentuje sobą światowy poziom i myślę, że festiwalowy line-up to udowodnił. Do pełni szczęścia przydałaby się tylko większa frekwencja – niestety finansowo temat nie do końca spiął się tak, jak na to liczyłem, ale cóż, takie jest życie. Każdy, kto bawi się w organizowanie podobnych eventów wie, jakie jest ryzyko i bierze to na klatę. Nie mam tu zamiaru karcącym tonem pisać teraz o tym, jak to hurr durr fani muzyki nie chodzą na koncerty, a potem płaczą, że nic u nich w mieście nie gra, ale realia są takie, że bez publiki organizacja podobnych wydarzeń na dłuższą metę traci sens i nawet największe pokłady pasji i zapału w końcu się wyczerpią. Zrobienie czegoś w stylu właśnie Church of Doom (dalej nie wierzę w moje szczęście, że nikt wcześniej nie nazwał tak festiwalu) było moim marzeniem od jakiegoś czasu i patrząc na plakaty, bilety, czy festiwalowe koszulki mogę z dumą powiedzieć, że będę miał dużo miłych pamiątek po tych dwóch wspaniałych dniach. Niestety z końcem roku klub Red & Black zamyka swoje progi, co w tym momencie stawia kolejną edycję festiwalu pod sporym znakiem zapytania, a nie mam zamiaru ciągnąć tego tematu na siłę. Czas pokaże, czy Church of Doom powróci (i w jakiej formie), ale bardzo bym chciał, żeby tak było. 

Aktywny z Ciebie człowiek. J.D. Overdrive, Mentor, Forge of Clouds, organizacja koncertów, trasy po Polsce z wieloma znanymi i cenionymi muzykami. Masz jeszcze czas by tak po prostu wyskoczyć na piwo czy obejrzeć z żoną (pozdrawiamy Gosię!) film?

Tak, czas na rozrywki zawsze się znajdzie (śmiech). Pomimo nawału obowiązków jestem w stanie jeszcze jako tako zorganizować sobie czas wolny – na pewno pomaga przy tym fakt, że nie mam i nie planuję mieć dzieci, bo to by mnie już zwyczajnie przerosło. No i mam to szczęście, że moja żona bardzo mnie wspiera w moich działaniach około-muzycznych, sama też chodzi ze mną na koncerty, pomaga czasem na merchu (smutny los każdej „muzycznej małżonki”, hehe) i generalnie nie ma problemu z tym, jak spędzam czas, bo towarzyszy mi kiedy tylko może i bawi się równie dobrze. Faktycznie jak patrzę wstecz na ten rok to sporo tego się przewinęło – nagrałem dwie płyty, zagrałem na kilku świetnych festiwalach, sam jeden zorganizowałem. A do tego udało mi się kupić i doprowadzić do stanu używalności Amigę 500 – taka wycieczka do lat dziecięcych i przy okazji spełnienie ambicji nerda, którym mimo wszystko jestem (śmiech). Czyli jak widzisz – da się to wszystko jakoś połączyć. 

Nie ukrywam, że pretekstem do tej rozmowy jest ostatni album Mentora, wydany niedawno przez Pagan Records. Długo musieliście urabiać Tomka czy sam się zgłosił, po tym jak Arachnophobia ogłosiła zakończenie działalności?

Z Tomkiem gadali Artur i Piotrek i nie wiem czy negocjacje przebiegały tak samo żmudnie, jak legendarne już rozmowy o wydanie płyty z Arachnophobią (- Masz tam jakiś zespół, Piotrek? - No mam. - A dasz radę na taki i taki termin? - No dam. - To wydajemy), ale podejrzewam, że mogło być podobnie. Szczerze mówiąc, to nawet nie wiem, czy były brane pod uwagę inne wytwórnie, ale kiedy Artur przedstawił nam propozycję Tomka, to bez wahania się zgodziliśmy. Bardzo cieszę się, że wylądowaliśmy w Pagan Records i póki co współpraca przebiega bezbłędnie. 

Przy okazji debiutu „Guts, Graves and Blasphemy” wydanego w 2016 roku, mówiłeś, że to taki trochę spontan, eksperyment, że chcieliście nagrać coś co w Was siedzi i co lubicie, a co dalej, to nie wiadomo, bo wszyscy macie sporo innych obowiązków. A tu proszę, sporo koncertów, drugi album. Okrzepliście? Oswoiliście się z Mentorem i stał się jednym z Waszych pełnoprawnych zespołów?

Chyba mogę już zaryzykować nazwanie Mentora pełnoprawnym zespołem (śmiech). Co nie zmienia faktu, że przy okazji debiutu faktycznie nie wiedzieliśmy, jak ten temat się rozwinie. Ale rzeczywiście po premierze „Guts...” ruszyliśmy z tą maszyną już na pełnych obrotach i wszystko zadziałało jak należy – pojawiły się dobre recenzje, koncerty, zainteresowanie ze strony festiwali. Wszystko, co potrzebne, aby zespół mógł dobrze funkcjonować. Wtedy już było pewne, że nagramy drugi album i widząc zamieszanie wokół niego jestem pewien, że jeszcze trochę razem podziałamy. Poza tym dobrze się czujemy na scenie i poza nią, komponowanie przychodzi Arturowi niezwykle łatwo, więc głupio by było nie ciągnąć tego wózka dalej. 

Stylistycznie zauważalne są pewne różnice pomiędzy oboma albumami. O ile debiut, jako coś spontanicznego nie musiał wytyczyć żadnej drogi na przyszłość o tyle dwójka już może być dla nas fanów jakimś drogowskazem? Czy jednak „Cults, Crypts and Corpses” to tylko Mentor AD 2018 i nie powinniśmy wyciągać zbyt daleko idących wniosków?

Myślę, że mamy w Mentorze ten przywilej, że nie musimy sobie niczego udowadniać, stawiać jakichś poprzeczek, tylko zwyczajnie możemy bawić się muzyką. W przypadku debiutu sporo ludzi było zdziwionych z efektu tej naszej kolaboracji, po prostu nie wiedzieli, czego się po naszej czwórce spodziewać. Przy drugiej płycie ciężko już będzie o efekt „wow”, niemniej nawet jeśli znane są już elementy układanki, to zawsze można ją ułożyć inaczej i myślę, że to właśnie udało nam się na „Cults...”. No i mimo wszystko cały czas eksperymentujemy z nowymi elementami – podejrzewam, że „Gather by the Grave” uniesie kilka brwi, zwłaszcza jeśli chodzi o wokal i riffy. Jednocześnie nie silimy się na wymyślanie Mentora od nowa – raczej bawimy się formułą, w której czujemy się komfortowo. 

Słyszę sporo opinii, że ta płyta to „rasowy metal”, coś czego nie można było powiedzieć do końca o debiucie. Jak Ty to widzisz?

Możliwe, że jako całość druga płyta jest bardziej metalowa od debiutu. Na pewno ja słyszę na niej więcej thrashu. Ale jest też punk, hardcore, crust, elementy blacku... W sumie to wszystko, z czego czerpiemy pisząc muzykę dla tego zespołu. Wokalnie korzystałem w gruncie rzeczy z tych samych patentów, co na „Guts...”, starając się dopasować je jak najlepiej do nowych numerów i próbując tu i ówdzie czegoś nowego. Ale jeśli ktoś widzi tę płytę jako bardziej metalową niż poprzednia, spoko, nie mam z tym problemu. Dla mnie to po prostu kolejny album Mentora (śmiech). 

Jak przebiegały prace nad następcą „Guts...”? Łatwo było się zgrać, spotkać na próbach czy to wieczna walka o choćby pięć minut by obgadać pomysły? Czy z racji ograniczeń czasowych jest w ogóle szansa na przedyskutowanie kształtu muzyki, czy po prostu Artur bądź Haldor wpadają z gotowym kawałkiem i nie ma już żadnej dyskusji, śpiewaj Wojtek i basta?

Całą muzykę komponuje Artur, my tylko czuwamy nad finalnym efektem, więc tutaj sytuacja jest dość ułatwiona – działamy już na „gotowcach” od kierownika (śmiech). Ograniczenia czasowe owszem, potrafią dać w kość, zwłaszcza, że Artur działa teraz w milionie zespołów (ja dalej podejrzewam, że on jest cyborgiem i w ogóle nie sypia), Haldor sporo nagrywa, a ja też mam jakieś tam swoje zawodowe zobowiązania. Ale jakoś udaje nam się ten bajzel ogarnąć, przynajmniej na tyle, żeby nagrać nową muzykę i pograć trochę koncertów. Może tych ostatnich mogłoby by być trochę więcej, ale pracujemy z tym, co mamy. Co do pracy na próbach i w studiu – jest trochę tak, jak piszesz, dostaję numer i mam zaśpiewać (śmiech). Próbuję kilka rzeczy, chłopaki słuchają, mówią co pasuje a co ewentualnie do wymiany i tyle. W przypadku nowego albumu dwa numery wyszły tak trochę „last minute” i wszelkie poprawki były już kminione bezpośrednio w studio. Ale wydaje mi się, że reszta ma już pewne wyobrażenie o moich możliwościach wokalnych, przynajmniej na tyle, żeby zwyczajnie pozwolić mi się zająć tematem po swojemu. Chyba wystarczająco mi już ufają (śmiech). 

Muzyka Mentor może się zmieniać, czy też ewoluować, jednak oprawa pozostaje w tym samym stylu. Znowu trzy wyrazy w tytule, ta sama forma okładki. Czy to będzie ten niezmienny wyróżnik Mentor?

Myślę, że tak. Z początku zaproponowałem trochę inny pomysł na tytuł (skończył jako tytuł jednego z numerów), ale jakoś nie podeszło i kiedy rzuciłem propozycją zbliżoną do debiutu, wszystkie elementy trafiły na swoje miejsce. Chyba faktycznie mamy tutaj już nieco określoną wizję całej tej otoczki towarzyszącej Mentorowi. Ale i tak samych siebie potrafimy zaskoczyć – okładka z początku miała być czarna z innym kolorem niż czerwony, ale inne kolory jakoś za bardzo kojarzyły się z kapelami stonerowymi i dopiero kiedy Branca wyskoczył z czerwoną okładką, stwierdziliśmy, że „mamy to”. Jeden z odrzuconych projektów trafił natomiast na koszulkę, także wszyscy szczęśliwi. 

Teksty, teksty, teksty. Piszesz ich sporo, bo nie tylko do Mentora. Skąd inspiracje, natchnienie? Nie masz czasem ochoty zaśpiewać czegoś po polsku?

Zdradzę Ci, że Mentor z początku miał być śpiewany właśnie po polsku, miałem nawet napisane ze trzy teksty, ale kiedy nagraliśmy pierwszy kawałek, Artur stwierdził, że za bardzo kojarzy mu się to z Frontside i musiałem pisać wszystko od nowa po angielsku (śmiech). W sumie dla mnie to nawet lepiej – czuję się komfortowo w tym języku, niezależnie od kapeli dla której aktualnie piszę. Z Mentorem mam o tyle łatwiejsze zadanie, że inspiracje mogę czerpać z dość ograniczonego spektrum, ale za to takiego, które lubię najbardziej i z którego najłatwiej „pożyczać”. Stare horrory – komiksy, książki czy filmy, historie o seryjnych mordercach, miejskie legendy czy okultyzm, to wszystko jest nieskończoną studnią inspiracji. A pisanie tekstów o czymś, co lubisz, np. książce „Smętaż dla zwierzaków” Kinga („Sometimes Dead is Better”) to sama przyjemność. W przypadku pozostałych kapel inspiracje czerpię już z innych miejsc, czasem z życia, czasem z obserwacji, czasem też próbuję budować teksty wokół jakiejś większej historii, jak np. na nowej płycie Forge of Clouds, która formalnie jest concept albumem, ale wolę jej tak nie reklamować, bo concept albumy za bardzo kojarzą się ludziom z nudnym prog rockiem dla swetrów (śmiech). 

Zostawmy Mentor. Kiedy dostaniemy coś nowego pod szyldem J.D. Overdrive?

Mam nadzieję, że w przyszłym roku. Już od jakiegoś czasu pracujemy nad następcą „Wendigo”, mamy gotowe trzy numery i siedzimy już nad kolejnymi, ale wszystko – jak zawsze – zależy od czasu. Troszkę lat nam przybyło, dorosłość zaczyna nam się wpieprzać butami w życie – kredyty, remonty, zakładanie rodziny, takie tam bzdury (śmiech). Ale póki co dalej mamy ochotę przebywać ze sobą na scenie, a to chyba najważniejsze. Jestem pewien, że kolejna płyta J. D. Overdrive będzie równie udana, co dwie poprzednie, a przy okazji troszkę inna. To jeden z najfajniejszych elementów bycia w tym zespole – nigdy do końca nie wiadomo w którą stronę pójdzie to muzycznie. 

Dziękuję Wojtek za poświęcony czas. Pozdrawiam i powodzenia życzę we wszystkich aktywnościach! Ostatnie słowa należą do Ciebie. 

Szatan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz