czwartek, 22 listopada 2018

Zeszłoroczna nowość.


Kawał dobrego, soczystego surowego mięcha. Nic, tylko konsumować. Bez żadnych panierek, smażenia i innych pierdół. Wgryźć się w to krwiste mięso, żuć, smakować i pochłaniać. I taki właśnie jest najnowszy materiał Sentient Divide. Jak ten kawał soczystego mięsa. Z jednym małym wyjątkiem. To mięso nie do końca jest świeże, bo szczerze mówiąc zeszłoroczne. Fakt, doprawione w maju tego roku, podane konsumentom również, ale swoje na magazynie przeleżało. Pomimo mieszanych uczuć, jakie ten fakt we mnie wywołuje, nie mogę się od „Bloodgate” oderwać. 




Sentient Divide to ekipa ze Stanów parająca się death metalem. W 2017 roku wydali długograja zatytułowanego po prostu „Sentient Divide”. W składzie zespołu był wtedy tylko jeden gitarzysta. Kiedy już po premierze krążka dołączył drugi i zespół szykował się do trasy, postanowili cztery numery nagrać raz jeszcze, już z dwoma wiosłami. To właśnie one tworzą wydaną w maju tego roku EP „Bloodgate”. Materiał został nagrany na setkę, czyli wchodzimy, gramy wszyscy razem i jednocześnie rejestrujemy. Nie wiem czy chodziło o trening dla nowego gitarzysty przed nadchodzącą trasą czy o wyciągnięcie dodatkowej kasy od fanów, w każdym razie efekt powala. Skłaniałbym się ku pierwszej wersji, bo „Bloodgate” wyszła tylko na kasecie oraz jest dostępna na Bandcampie, co wielkich zysków nie przyniesie. Jest też jeszcze jeden powód, który mógł zadecydować o ponownym nagraniu, bo przecież gdyby chodziło tylko o trening dla nowego muzyka, nie byłoby potrzeby wydawania tej sesji. Te cztery utwory nabrały dużo większej mocy i kiedy porównamy je z pierwotnym wykonaniem z pełniaka, różnica jest słyszalna aż za dobrze. Tak czy siak, zabiegi takie jak ten zawsze będą we mnie budziły lekko mieszane uczucia, co nie zmienia faktu, że finalnie cieszę się, że „Bloodgate” ujrzała światło dzienne. Długograj to świetny materiał, ale to co dzieje się tutaj, ta nowa moc, energia, momentami wręcz potęga, jest tak magnetyczna i urzekająca, że nie mogę przestać tego słuchać. Momentami wręcz żałuję, że cały album nie został w ten sposób potraktowany no ale wtedy to już cała akcja byłaby naprawdę podejrzana. „Bloodgate” to osiemnaście minut niesamowicie soczystego, krwistego i gęstego death metalu niosącego potężny ładunek energii. Sentient Divide operuje w obszarze łączącym dzisiejsze, lekko gruzowate podejście do gatunku z klasycznym amerykańskim graniem. Ten efekt zabrudzenia bardzo mi odpowiada, bo mocno już przejadło mi się naszpikowane technicznymi fajerwerkami klarowne granie. A tu jest po prostu taki ogień, że mam ochotę szaleć od pierwszej do ostatniej sekundy. Chwilami motoryka i brzmienie gitar kojarzy mi się z naszym krajowym Kingdom i jest to skojarzenie bardzo pozytywne, bo jak wiecie zespół z Płocka bardzo lubię. Amerykanie grają death metal jaki lubię najbardziej – szybki, agresywny, brutalny, wiejący piekłem i piwnicznym brudem. Bardzo odpowiada mi ich brzmienie, sposób strojenia gitar, wokale, które nie są totalnie zdołowanym growlem, jednym słowem, dla mnie wszystko tu się zgadza. Szkoda, że nie jest to materiał premierowy, bo byłby wysoko w tegorocznym podsumowaniu, a tak to nie wiem za bardzo jak do niego podejść w kwestii zaszeregowania. To już jest jednak sprawa drugorzędna. Pierwszorzędna jest taka, że jeśli nie znacie, albo nie słuchaliście bo to przecież „nic nowego a pełniaka znam”, to czym prędzej to nadróbcie. Cholernie warto. Mnie wywala z kapci. Będę bacznie śledził dalsze losy zespołu, bo taki death metal to złoto. Czarne złoto. 

Jako ciekawostkę dodam, że na basie zasuwa kobieta, co oczywiście może nasunąć skojarzenia z nieodżałowanym Bolt Thrower. Różnica jest taka, że tutaj pani robi też wokale, choć te z drugiego planu. 

P.S. Jak ktoś nie zna długograja, to jak najbardziej szybciutko do słuchania!


Ocena: 9/10 (tylko poglądowo, bo to przecież nie jest materiał premierowy)


Sentient Divide - „Bloodgate”. Wydanie własne na kasecie, Bandcamp. Maj 2018 roku.





"Bloodgate" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz