niedziela, 18 listopada 2018

Skocznie i przebojowo.


Nie wszystko w życiu musi być skomplikowane. W każdym razie, nie wszystko to, co w jakimś stopniu zależy od nas. Black metal też nie musi być skomplikowany, wręcz lepiej gdy nie jest. Prostota służy temu gatunkowi jak żadnemu innemu. Umacnia jego przekaz, nadaje mu wiarygodności. Czasami z tą prostotą idzie w parze prymitywizm i wtedy jest już szczyt zadowolenia, bo nic nie brzmi lepiej niż obskurny, piwniczny, prosty warkot. W przypadku debiutu norweskiego (no, nie do końca) Ovate, możemy jednak mówić tylko i wyłącznie o prostocie, bo prymitywizmu tu za grosz. I też jest fajnie.




Choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli być egzaltowani, elitarni, wykształceni, mądrzejsi od innych i choćbyśmy nie wiem jak bardzo nie chcieli w oczach innych uchodzić za prostaków, płytkich i prymitywnych ludzi, czasami potrzebujemy rozrywki prostej, swojskiej, do potupania. Wystarczy prosta komedia zamiast trudnego dramatu, o którym można dyskutować przez tydzień. Wiejska zabawa gdzie można poszaleć bez żadnego skrępowania zamiast sztywnych bankietów. I prosty, cisnący do przodu jak Pendolino black metal. Bez filozoficznego zacięcia, atmosferycznych zwolnień, klimatu pustki i melancholii, bez piwnicznego podmuchu i nadmiernej agresji. Black metal obliczony na szybkie złowienie słuchacza, przystępny i łatwy w poznaniu. Ja też mam czasami chęć posłuchania takiej muzyki i w tym roku tę potrzebę doskonale zaspokoiły trzy albumy. Będzie jeszcze okazja wymienić ich nazwy, dziś skupimy się na debiucie Ovate. Choć gwoli ścisłości nie ma się za bardzo na czym skupiać, bo to album prosty, dosadny, bez żadnych ukrytych warstw i smaczków. Wszystko tu podane jest na pięknie lśniącej tacy, poukładane, uporządkowane i nęcące perfekcją. Od pierwszego do ostatniego dźwięku. Kompletnie mi to jednak nie przeszkadza, bo to świetny album. Słucha się go wyśmienicie. Międzynarodowy duet (Irlandia/Norwegia) tworzący Ovate zrobił wszystko by album bardzo szybko wpadał w ucho. Niestety, jak to z takimi płytami bywa, dość szybko z tego ucha wypadają. Nie znaczy to wcale, że od razu, bo od kilku miesięcy lubię sobie od czasu do czasu puścić ten album i nie myśleć kompletnie o niczym. Po prostu dać się ponieść tej muzyce a o to nie trudno, bo jest szybko i skocznie. Momentami wręcz tanecznie. Brzmi to wszystko bardzo profesjonalnie, czysto i klarownie, jest tu cała masa sprawdzonych patentów i nie ma kompletnie niczego odkrywczego. Teoretycznie powinienem wywalić to w pierony, bo takim black metalem to już można było mieć przesyt pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale jednak nie. Bo to mi się po prostu podoba i raz na jakiś czas na pewno do „Ovate” wrócę. Bo kiedy już w pełni zaakceptuję naturę tej płyty, to muszę przyznać, że jest bardzo profesjonalnie nagrana, zrealizowana i zmyślnie skomponowana. Ma prawo chwycić i szybko dotrzeć do każdego słuchacza. Kilka momentów jest wręcz wybitnych a cała reszta bardzo przebojowa. Trudno więc, by źle się tego słuchało. Nie każdego wieczoru muszę mieć ochotę na „Hvis Lyset Tar Oss” czy „Nattens Madrigal”. Są takie chwile gdy od muzyki oczekuję tylko i wyłącznie funkcji rozrywkowej i w tych chwilach Ovate sprawdzi się doskonale. 

Ocena: 8/10

Ovate - „Ovate”. Soulseller Records, 2018 rok. 





"Ovate" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz