wtorek, 20 listopada 2018

Rzeki jak chaos.


Pierwszy raz z Rivers Like Veins zetknąłem się kilka miesięcy temu. Zaintrygowała mnie nazwa, co zaowocowało bliższym poznaniem ich debiutanckiego EP „Jesienne Mgły Ostatnich Oddechów”. Pewnie niektórzy z Was w tym momencie przestaną czytać, bo tytuł wydaje się być poetycki na siłę i egzaltowany jak tylko się da, ale uspokajam – krakowski projekt sam liryk sobie nie pisze, wykorzystując dzieła które możecie znać ze szkoły. Zawartość materiału nie powaliła mnie i powędrował na bok, do przegródki „sprawdzić za jakiś czas”. Minęło kilka miesięcy i właśnie nadszedł ten czas. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że pozory mylą a czas zmienia perspektywę.




Nie mam zamiaru ściemniać, że nagle zapałałem wielkim uczuciem do debiutu Rivers Like Veins. Aż tak drastycznych zmian czas nie spowodował, pozwolił jednak spojrzeć na ten materiał z większym dystansem, dał możliwość poświęcenia mu dłuższej chwili i nabrania przekonania, że nie była to chwila zmarnowana. To, co nie zmieniło się na przestrzeni tych kilku miesięcy, to fakt, że ten materiał jest dziwny. W każdym razie w moim odczuciu. Dlaczego? Debiut krakowskiego duetu cechuje chaos koncepcyjny, lub po prostu brak jakiegokolwiek konceptu jeśli chodzi o muzykę, bo liryki to inna para kaloszy. Słuchając „Jesiennych Mgieł...” mam wrażenie, że to zbiór utworów z różnych okresów twórczości, bo miesza się tu bardzo black metal z elektroniką i wszystko wydaje się być niedokończone. Materiał otwiera instrumentalny, prawie trzyminutowy „Pośród Łąk Szumi Twe Imię”, który ciekawie wprowadza nas w resztę epki, pełniąc rolę swoistego intro. Akustyk, potem dość romantyczny i klimatyczny black metal dobrze budują nastrój, szkoda tylko, że numer niespodziewanie się urywa. To nie jedyny taki przypadek, odnoszę wrażenie jakby twórcy nie do końca mieli pomysły na zakończenia swoich utworów, co też wpływa na odbiór epki jako spójnej całości. Drugi kawałek to już black metalowy atak, w dobrym tempie choć nadal z odpowiednim romantycznym nastrojem. Zaznaczę, bo możecie źle odebrać – kiedy piszę, że to romantyczny black metal nie mam na myśli, że nadaje się do kolacji we dwoje. Chodzi o klimat, nastrój, atmosferę. Tu generalnie kiedy słyszymy mocniejsze nuty, przed oczami staje mgła, samotna wędrówka górskimi szczytami, las o zmroku i deszcz bijący w dach jakiejś chaty na odludziu. Te wszystkie skojarzenia to nie przypadek, bo teksty utworów to wiersze Kazimierza Przerwy-Tetmajera, jednego z najlepszych polskich poetów, mocno związanego z górami. Jak ktoś nie zna, to znaczy, że w szkole się obijał. Wracamy do muzyki, bo drugi utwór, który już rozpoczęliśmy, tekstowo łączy w sobie dwa wiersze wspomnianego poety i ten drugi zaprezentowany jest tu za pomocą deklamacji. Recytuje go miły kobiecy głos, niestety, trudno doszukać się większej ekspresji w tym wykonaniu, jest za to monotonia i pośpiech, tak jakby ta pani chciała jak najszybciej powiedzieć co ma do powiedzenia i mieć z głowy. Ten problem pojawia się jeszcze w trzecim utworze, gdzie słyszymy jeden z najbardziej znanych wierszy Tetmajera, mianowicie „Melodię Mgieł Nocnych”. I tu mi trochę żal, bo bardzo lubię ten wiersz i zasłużył na lepszą deklamację. Oczywiście, łatwo popaść przy takiej okazji w przesadę, wskazane jest więc odpowiednie wyważenie emocji, ale można było dokonać lepszej interpretacji. Szczególnie, że pani potrafi, bo w piątym na płycie coverze Spiritual Front wczuła się dużo bardziej i efekt jest bardzo dobry. Wracając do trzeciej „Melodii...”, zaskakuje ona muzycznie, bo black metal zostaje zastąpiony tripowym podkładem i monotonną elektroniką, która brzmi nawet dla mnie zaskakująco fajnie. Podobny do niego muzycznie jest wspomniany już wcześniej cover Spiritual Front, który jakoś bardzo od oryginału nie odbiega poza polskim tekstem i panią a nie panem za mikrofonem. Pomiędzy nimi jest jeszcze czwarty „U Gwiazd Ich Szuka”, który muzycznie przypomina drugi numer, bo mamy tu znowu szybki i klimatyczny black i deklamację (lepszą!), jednak ten numer cechują najbardziej klawisze, które budują tu krajobraz. Epkę zamyka dwuminutowy dziwny elektroniczny utwór, który może być odbierany jako outro. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że materiał trwa dwadzieścia minut. No i co na koniec? Poza lekkim chaosem, poza niedociągnięciami jak średnio porywające deklamacje i brak sensownych zakończeń utworów, debiut Rivers Like Veins jest naprawdę ciekawym materiałem. W dużej mierze właśnie dzięki temu chaosowi i zróżnicowaniu. Zespół stara się korzystać z wielu różnych środków wyrazu, co na pewno trzeba zapisać na plus, dobrze byłoby jednak trochę je w przyszłości uporządkować i nadać priorytety. Wszystkie uchybienia, które wymieniłem kładę na karb braku doświadczenia, bo talentu nie odmawiam. Na szczęście są to rzeczy, które poprawić można bardzo szybko a z taką ilością pomysłów i inspiracji (brawa za Tetmajera) przyszłość krakowskiego duetu wydaje się być bardzo owocna. Niedawno wypuścili split ze Stworz co daje szansę sprawdzenia, czy się rozwijają i czy poprawili pewne elementy. To już jednak jest opowieść na inny tekst, który niebawem się pojawi. 

Ocena: 7/10

Rivers Like Veins - „Jesienne Mgły Ostatnich Oddechów”. Werewolf Promotion, 2017 rok.


"Jesienne Mgły Ostatnich Oddechów" na Discogs:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz