poniedziałek, 19 listopada 2018

Rytualna śmierć powraca.


Kilka razy pisałem już, że jestem wielkim fanem epek. Nie trzeba wydawać długograja, by powalić słuchaczy. Czasami wręcz lepiej go nie wydawać, szczególnie gdy ma to być robione na siłę. Zespół nagrywa to co ma najlepszego ewentualnie to co stanowi w jego mniemaniu jakąś zamkniętą całość i zamiast dogrywać byle co, żeby tylko osiągnąć czas pełniaka, wydaje w formie EP. Dzięki takiemu podejściu oraz skondensowanej formie, są to często materiały dużo bardziej wartościowe i spójne w odbiorze. W tym roku też mieliśmy ich już sporo, wiele zasługujących na brawa i uwagę. Dla mnie jedną z najlepszych o ile nie najlepszą (za wcześnie na takie wyroki, bo konkurencja spora) jest „Ritual Death”.




Ritual Death to ciekawy i specyficzny twór. Po pierwsze, wydawnictwo o tym samym tytule było ich debiutem w 2016 roku. Tamten materiał też był epką i na okładce widniała ta sama grafika. „Ritual Death” anno 2018 to na szczęście muzyka świeża a nie odgrzewany materiał sprzed lat. Najwidoczniej skandynawskie trio (Szwed i dwóch Norwegów) nie czuje potrzeby wymyślnego tytułowania swoich wydawnictw. Po drugie od wspomnianego debiutu zespół uraczył nas tylko dwoma splitami, które zawierały po jednym premierowym numerze, co oznacza iż dorobek twórczy Ritual Death nie jest zbyt okazały, ale aby to usprawiedliwić, pojawia się po trzecie – ludzie tworzący Rytualną Śmierć są zaangażowani w bardzo wiele innych zespołów, co może powodować brak czasu. Na szczęście nie powoduje to braku weny twórczej i powtarzania się, bo to co robią w Ritual Death jest oryginalne i inne od pozostałych aktywności. Najnowsza rytualna śmierć ukazała się pod koniec sierpnia i trwa zaledwie siedemnaście minut (gdyby zsumować cały dorobek zespołu, dostalibyśmy czterdzieści minut muzyki, czyli mniej niż niejeden pełniak). Podzielona jest na cztery utwory ale stanowi spójną całość. Doskonałą całość. Panowie grają black/death metal, do którego ktoś dorzucił szczyptę doomowego smaku. Dominują jednak oczywiście dwa pierwsze gatunki ze wskazaniem na black. Rozbijanie tej muzyki na jakieś kategorie nie ma jednak większego sensu, podaję to tylko i wyłącznie jako pewną wskazówkę, bo ludzie je lubią. Najlepszą jednak podpowiedzią będzie krótkie i proste stwierdzenie – to jest zajebiście mroczny, zły i wiejący piekłem materiał. To jest metal w pełnym tego słowa znaczeniu, żadnego plastiku, żadnej ściemy. Utwory są krótkie, ale zróżnicowane. Brzmienie lekko piwniczne, ale bez ton gruzu i całkowitego zaduchu. A nad wszystkim dominuje atmosfera prawdziwego uwielbienia śmierci i szatana, co zresztą dobitnie potwierdzają teksty. Klimat tego materiału jest po prostu urzekająco piękny. To on w największej mierze powoduje, że mam ochotę słuchać „Ritual Death” raz za razem. Nie znaczy to, że odmawiam Skandynawom zdolności kompozytorskich. Co to to nie, musiałbym być głuchy, bo każdy z utworów ma swoją własną historię, każdy ma do zaoferowania bardzo wiele i żaden nawet na moment nie pozwala się nudzić. Niesamowicie dużo dają temu wydawnictwu klawisze, które użyte z pomysłem i umiarem, budują niesamowitą atmosferę. Do tej ostatniej dokładają się też wręcz genialne wokale. Odpowiedzialny za nie Luctus zdziera także (bądź zdzierał) gardło w innych projektach ale to tu osiąga wyżyny swego kunsztu. Wyśmienita robota wspaniale uzupełniająca i dopełniająca całość. No i ta prosta ale przyciągająca wzrok okładka. Bez żadnych szaleństw, ekstrawagancji i udziwnień. Czaszka, śmierć, black metal. Wystarczy. 

Nie wiem jeszcze czy będzie to moja epka roku, wiem natomiast, że miejsce w ścisłej czołówce ma zapewnione. I nie mam tu na myśli tylko krótszych wydawnictw a wszystko co ukazało się w tym roku. Jeśli Ritual Death ma co dwa lata wypuszczać takie siedemnaście minut, idę na to. Nie ilość a jakość. 

Ocena: 10/10

Ritual Death - „Ritual Death”. Terratur Possessions, 2018 rok.



"Ritual Death" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz