piątek, 30 listopada 2018

Potęga całości.


Uwaga, będzie banał rozpoczynający, prawie tak dobry jak suchar z Familiady. Otóż moi drodzy Finlandia metalem stoi. Wiem, pewnie powiedziałem coś na miarę E=coś tam kwadrat. Wiem, jesteście cholernie zaskoczeni i właśnie zaczynacie szukać Finlandii na mapach ewentualnie w lodówce, bo ten wyraz kojarzy Wam się jedynie z gorzałką. Niech od dziś, o ile nie czytaliście moich pierdół wcześniej (bo przecież nie pierwszy raz stwierdzam ten fakt autentyczny!), kojarzy Wam się przede wszystkim z muzyką, potem z wódką a na koniec z Muminkami. Muzyczna Buka właśnie wjechała na salony. Jest duża, brzydka i straszna. Imię jej Corpsessed.




Postać z okładki „Impetus of Death” co prawda Buki nie przypomina, ale też pewnie nie miałaby szans w konkursie piękności. Możliwe, biorąc pod uwagę tytuł albumu, że to śmierć. Nie mam zamiaru wydawać wyroku w tej kwestii, bo interpretacje mogą być różne. Obraz na pewno jest intrygujący a to przecież jedna z ról okładki. Jeśli nawet nie jest to śmierć, to znajdziemy ją w samej muzyce Corpsessed. Dużo mówi się o niesamowitym bogactwie fińskiej sceny black metalowej, ale nie możemy zapominać że ten niewielki naród szczyci się także fachowcami w zakresie death metalu. I nie są to zwykli wyrobnicy pokroju co drugiej szwedzkiej kapeli grającej wciąż to samo, tylko prawdziwi artyści. Bez wątpienia do ich grona zaliczyć należy pięciu panów tworzących Corpsessed. Podniecenie związane z premierą tego albumu wisiało już w powietrzu od dawna, ja jednak szczerze muszę przyznać, że byłem trochę sceptyczny (o czym, już po premierze, nie omieszkano mi przypomnieć; pozdrowienia Monika!). Skąd ten mój sceptycyzm? Ano stąd, że debiut Finów mnie osobiście nie powalił, owszem był bardzo solidny, ale w dzisiejszych czasach solidnych albumów od groma, więc nie jest to powód by sikać w gatki na wieść o kolejnej płycie. No i jakiś czas temu usłyszałem numer zapowiadający „Impetus of Death” i tu też nie było orgazmu. Dziś jednak numer ten brzmi zupełnie inaczej, bo jest otoczony resztą albumu i mogę go w pełni docenić. Zrozumiałem, że jest jedną z niezbędnych cegieł w tym perfekcyjnym murze. Sama nie znaczy wiele, ale bez niej mur nie będzie kompletny. Perfekcyjny mur. Bo to jest, moi mili, perfekcyjny death metal. Zabawne, że w tej chwili jeden z tych przedpremierowych numerów jest moim ulubionym a w pierwszej chwili potraktowałem go jak niechcianą ciążę. Nie powiem który (były trzy) żebyście mnie już kompletnie nie wyśmiali, bo znając Wasz zmysł do muzyki poznaliście się na geniuszu tych numerów po pierwszym odsłuchu. I jeśli rzeczywiście tak było, to gratulacje, bo nie pomyliliście się. „Impetus of Death” miażdży. (brawo chłopie, toś im napisał! uuu, recenzent z ciebie pierwsza klasa!) No ale co tu więcej pisać? Że od pierwszej do ostatniej minuty album zabija i mieli na proszek? Że riffy swą mocą kruszą ściany, wokal odbija nerki a perkusja (tu maleńki kamyczek do ogródka – jej brzmienie mogłoby być potężniejsze) wybija zęby z odległości stu metrów? No jasne, mogę o tym napisać jeszcze sześć zdań, mogę porozbijać płytę na utwory, potem każdy utwór z osobna rozłożyć jak koreańskie dzieci kałasznikowa, tylko nie będzie to miało najmniejszego sensu. Bo ten album potężny jest swoją jednością, spójnością, razi siłą batalionu czołgów tylko kiedy jest tym batalionem, czyli całością. Słucham go już piąty raz z rzędu i nie mogę się nadziwić jak wspaniale jest konsekwentny, jak poszczególne jego fragmenty do siebie pasują, jak się zazębiają tworząc tę perfekcyjną całość. Nie wiem czy w tym roku słyszałem tak spójny album. Tylko przypadkiem nie pomyślcie, że przez spójny mam na myśli monotonny czy jednostajny. Pod żadnym pozorem. Tu nawet przez sekundę nie ma nudy a dzieje się bardzo dużo, bo Finowie potrafią ciekawie aranżować swoją muzykę. Twierdzę po prostu, że tu nie ma pojedynczych bohaterów, tylko potężna drużyna złożona z zawodników o podobnych umiejętnościach i cechach, nauczonych jednak rozgrywania na różne sposoby. To jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy, bo chyba jednak Vanhelgd ustąpi mu miejsca) death metalowych krążków tego roku, ale jeśli miałbym stworzyć dziesiątkę najlepszych utworów tego gatunku (również tegorocznych), to nie wiem czy którykolwiek numer z dwójki Corpsessed by się w niej znalazł. Nic dziwnego, w końcu trofea zdobywa drużyna a „Impetus of Death” to drużyna wybitna pewnie zmierzająca po złoto i już chyba tylko „Cenotaph Obscure” Obliteration może im podstawić nogę. 

Ocena: 10/10

Corpsessed - „Impetus of Death”. Dark Descent Records, 2018 rok.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz