środa, 21 listopada 2018

Pierniki pełne gniewu.


Macie czasem ochotę wyjść na ulicę i dać komuś w mordę? Tak po prostu, bez konkretnego powodu, albo i z powodem, byle tylko się wyładować? Albo jeszcze mocniej – chwycić za sztandar, za kamień brukowy i ruszyć do walki z otaczającym światem bo coś w Was pęka? Momenty kiedy wszystko Was wkurwia, macie już dość pojebanej rzeczywistości i kretynów wokół? Kiedy w żyłach burzy się krew, ciśnienie rośnie a pięści same zaciskają się do czerwoności? Pewnie tak, bo każdy ma takie chwile, to naturalne i nie do uniknięcia w syfie w którym egzystujemy. Zamiast jednak posuwać się do ekstremalnych reakcji można to wszystko wykrzyczeć. Wznieść ku niebu zaciśniętą pięść, pogrozić i wyrzucić cały swój gniew, żal i wkurwienie. W samotności, w towarzystwie albo na płycie. Tak zrobił toruński Angrrsth. 





I zrobił to bardzo dobitnie i przekonująco. Ich debiutancki krążek „Znikąd” to potężna dawka złości, gniewu i żalu do świata, że jest taki a nie inny. Materiał trwa trochę ponad dwadzieścia minut na które składają się cztery utwory (tyle wersja oficjalna, ale do tego jeszcze wrócimy) i jest w całości zaśpiewany po polsku. Wzmacnia to siłę, dosłowność i dosadność przekazu, co uważam za plus, jednak niektórzy mogą mieć z tym kłopot. Ja sam długo gryzłem się z kwestią wokali i tekstów na tym EP. Pan stojący za mikrofonem ma niestety dość specyficzną manierę wokalną, co dla człowieka konserwatywnego w kwestii darcia mordy może być w pierwszej chwili bardzo trudne do zaakceptowania. O ile wiem wokalista ma za sobą przeszłość w thrashowych i core’owych bandach, co niestety w przypadku tych drugich, słychać. W połączeniu z prostymi i dosadnymi tekstami w naszym języku, da się odnieść wrażenie, że słuchamy jakiejś społecznie zaangażowanej kapeli w spodenkach za kolano walczącej o równość. I nie jest łatwo tego wrażenia się pozbyć, na szczęście jak zawsze z pomocą przychodzi czas i kolejne odsłuchy. Bo muzycznie Angrrsth kupił mnie od razu. Z miejsca. Bo grają wyśmienitą mieszankę death i black metalu, okraszoną siarczystymi riffami, świetnymi melodiami, energią, mocą i agresją. Brzmi to potężnie (polecam podkręcić głośność), kiedy trzeba gęsto i mięsisto, kiedy jest okazja tanecznie i przestrzennie. W pierwszych dniach słuchałem tego albumu na dwóch różnych płaszczyznach. Jedną była sama muzyka, drugą wokal, który wtedy po prostu mi przeszkadzał. Myślałem „niech on się już kurwa zamknie!”. Na szczęście nie zrobił tego, bo dzięki wrodzonej cierpliwości (taaaaa) doczekałem momentu, kiedy to wszystko się zgrało i połączyło w jedną, spójną płaszczyznę. A jak już zagrało tak gra do teraz i szczerze mówiąc nie mogę się od tego materiału oderwać. Wystarczyło porzucić przyzwyczajenia i utarte przez lata schematy, zrozumieć, że takie a nie inne wokale (nie chodzi o sam głos, bo ten wokalista ma bardzo dobry) nie zostały tu zastosowane bez powodu. Taka forma sprzyja po prostu wykrzyczeniu tego całego wkurwu i złości. A biorąc pod uwagę prostotę tekstów (kilka fragmentów jest serio genialnych) i ich dosadność, tylko w ten sposób można je było wyartykułować by nie straciły swego brutalnego wydźwięku. Pierwotnej siły i energii mocnego ciosu w szczękę. A taka właśnie jest ta płyta. To skomasowana nienawiść i złość bijąca nas po twarzy. Są tu jednak momenty piękne, wręcz romantyczne, jak choćby początek świetnego trzeciego „Upadłem”. W każdej kompozycji znajdziemy coś wyróżniającego, bo to bogaty materiał. Ani na chwilę nie nudzi, bo po pierwsze absorbuje przekazem i mocą, po drugie jest zróżnicowany. To, że wali po mordzie, nie znaczy że cały leci na niesamowitych prędkościach. Sporo tu zmian tempa i nastroju. Najlepsze jednak następuje po końcowych dźwiękach czwartego numeru. Nie mam zamiaru zdradzać wszystkiego, bo o tym co jest potem nie ma ani słowa nawet we wkładce płyty, czyli tajemnica to ogromna. Powiem tylko, że dla mnie to najlepszy fragment tego krążka. No, może przesadzam, bo im więcej go słucham, to dochodzę do wniosku, że tylko jeden z najlepszych fragmentów. 

Znikąd? Nie, z Torunia. Donikąd? Oby nie, bo debiut wróży dobrze i bardzo chciałbym się przekonać co panowie zaprezentują na swoim kolejnym materiale. I koniecznie muszę ich kiedyś zobaczyć na scenie, bo mam silne przeczucie, że „Znikąd” na żywo to petarda!

Ocena: 8/10

Angrrsth - "Znikąd". Godz Ov War Productions, 2018 rok, numer katalogowy GOWP MMMDCLXIII.







"Znikąd" na Discogs:

2 komentarze:

  1. dla zjebow ktorzy chca sie wyladowac na ulicy polecam treningi np karate , bedziesz mial okazje dostac w pizde i problemy z gniewen sie skoncza

    OdpowiedzUsuń