środa, 28 listopada 2018

Otchłań.


Ciemna, głęboka, nieskończona. Nie zmierzy jej oko, nie złowi ucho, nie dotknie ręka. Niesie z sobą gęsty podmuch, ale węch nie wykryje jego zapachu. Jest wszędzie wokół, obejmuje, oblepia, tuli się do stóp, kolan, brzucha. Dotyka głowy i ramion. Krępuje ruchy, jak maź powoli wypełnia każdą wolną przestrzeń. Zabiera powietrze, zatruwa je i wpycha na powrót do nozdrzy i ust. Osiada na powiekach jak rosa, choć czarna i ciężka. Wbija się w umysł, jak kropla drążąca skałę, po milimetrze i pcha na drogę szaleństwa. Jest wszystkim i niczym, jest mną i tobą, jest światem. Spojrzyj na nią, przyjmij i zaakceptuj, bo ona już dawno patrzy w głąb ciebie.




Stoję i patrzę. Stoję i słucham. Wącham, dotykam. Nie czuję, nie widzę, nie słyszę. Cisza, pustka, koniec jestestwa? Czy tak to wygląda, kiedy zgasną światła? Czy to jest ostatni etap a może pierwszy? Bo to co było, tak naprawdę nie było? Może dopiero teraz, kiedy już mnie dorwała w swe kleiste łapska, objęła niezmierzonym oddechem dziury bez dna, wszystko się zaczyna? Stoję i słucham. Próbuję być odważnym, ale tu tylko groza i nicość. Gdzieś daleko, jakby na horyzoncie, choć przecież nic nie widać, przetaczają się gniewne pomruki, jakby olbrzymy toczyły całe góry. Może jednak oni istnieją? Pradawni bogowie, albo tylko ten jeden? Bawią się mną jak małym źdźbłem trawy targanym wiatrem, gniecionym butem i moczonym ulewami. Ale jeszcze stoję i słucham. Wzmaga się hałas, teraz słyszę go zewsząd. Jest za mną, nade mną, obok a nawet pod. Na czym ja właściwie stoję? Czy ja stoję? Może unoszę się bezwładnie i ta stabilność to tylko złudzenie? Niczego już nie czuję, jakbym nie istniał, jakbym się rozpadł na milion kawałków a każdy z nich swobodnie szybował w innym kierunku. Ale każdy z nich słyszy, bo słyszę ja. Ona wydaje dźwięk, przeszywający choć bezboleśnie. Jestem jej częścią czy tylko gościem? Czy błąkając się wśród tych dźwięków, otoczony hałasem toczonych skał, dotrę gdziekolwiek? Czy ta ciemność kiedyś się skończy i ciężar lepiący powieki odpadnie jak stara błotnista skorupa? Czy to końcowa podróż bez celu? Nie widzę go, bo nie widzę niczego, stoję a może unoszę się tylko i daję się chłostać bo cóż innego mogę zrobić? Jestem tylko marnym pyłkiem, nawet jeśli w milionach kawałków, to nadal niczym. Marnym bytem w cyklonie absolutu, czarnym, zimnym i nieludzkim. Tu uczucia umarły ery temu, zanim jeszcze narodził się jakikolwiek gatunek. Stoję, unoszę się i słucham. Muzyka. Wokół tylko ona. Czy jest coś prawdziwszego? Czy to jest odpowiedź? Tam gdzie kiedyś byłem, albo wydawało mi się, że jestem, nikt nie nazwałby tego muzyką. Tutaj to najsłodszy dźwięk, bo jedyny. Trzyma w ryzach szaleństwo, do którego powoli zmierzam. Daje kontakt z rzeczywistością i oparcie. Ale jaka to rzeczywistość, skoro mnie nie ma, nie ma żadnego innego bytu, jest tylko ziejąca czernią dziura i powietrzny wir. Tylko czy to powietrze? Może to piekielne opary, tylko jeszcze nie czuję ich ciepła? Czy piekło istnieje? Jeśli tak, jeśli to właśnie ono, to w swej samotnej istocie jest straszliwe. Bo to wieki pustki i grozy, które będą mi towarzyszyły już zawsze, skazując duszę na udrękę samotnej tułaczki, z płaczem i wyciem, z terkotem skał, który coraz bliżej. Może jest więc jakiś koniec? Jakieś źródło tej czarnej, lepiącej się przestrzeni, w której nigdy już nie ujrzę słońca, nie poczuję deszczu i ciepłego wiatru na twarzy. Czy dane będzie mi tam dotrzeć? Nie wiem. Bo nie wiem już nic, skołatany jak to źdźbło, choć przecież nie ma tu ziemi. Jest tylko hałas toczonych skał, zimny, kleisty oddech pustki i otchłań. 

Ocena: 9/10

Summon - „Parazv Il Zilittv”. Iron Bonehead Productions, kwiecień 2018.




"Paraz Il Zilittv" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz