poniedziałek, 26 listopada 2018

Mikko na tronie.


Połowa listopada, końcówka roku. Black metalowa pierwsza liga siedzi rozparta w swoich fotelach, patrząc na wszystkich z góry, zadowolona, bo w tym roku wszystkie karty już rozdane i można ze spokojem patrzeć na maluczkich jak sobie w swoich piwnicach dłubią te czarne dźwięki. Relaks. Wino, kobiety i śpiew. I wtedy, na białym koniu (no dobra, raczej na czarnym), w błyszczącej… eee, czarnej ale błyszczącej zbroi, wjeżdża z kosą na ramieniu Mikko, wywołując w szeregach ekstraklasowych popłoch i panikę. Ze stoickim spokojem i doświadczeniem weterana zaczyna kosić. Równo i bezlitośnie. Wie co robi, przyzwyczaił się.




Siedzę od kilku dni i myślę, co napisać o nowym albumie Clandestine Blaze. Wbrew pozorom, nie jest to wcale takie proste i oczywiste. Po tych kilku dniach słuchania i zastanawiania się, doszedłem do wniosku, że całą recenzję można zamknąć w jednym zdaniu: tak należy grać black metal. Czy jest sens pisać więcej o albumie, który tak naprawdę nie wnosi niczego nowego do gatunku, nie eksperymentuje, nie wyprzedza swego czasu? Czy jest sens pisać o tym albumie ludziom, którzy doskonale znają twórczość Mikko i wiedzą czego się po nim spodziewać, bo przecież Clandestine Blaze to znak lojalności i przywiązania do pierwotnego kształtu tego gatunku? Poczynając od debiutu fińskiego weterana, recenzja każdej kolejnej płyty mogłaby wyglądać tak samo. Wystarczy przybić pieczątkę „100% BM” i załatwione. Z drugiej strony, taką samą można by opatrzyć setki krążków a o nich nie mam zamiaru napisać nawet słowa. Czyli jest coś, co wyróżnia ten projekt na niesamowicie tłocznej scenie a to oznacza, że jednak warto pisać o każdym kolejnym albumie Mikko. Lubię sam sobie odpowiadać, bo wtedy mam pewność, że zgadzam się z odpowiedzią. Kwestię tego czy warto, mamy za sobą, odbębnijmy więc kolejną formalność – czy „Tranquility of Death” czymkolwiek zaskoczył? Nie. Dostajemy black metal w klasycznej formie, bez wodostrysków i zbędnych pierdół. Poprawiła się produkcja, brzmienie jest jakby głębsze co tylko podnosi wartość albumu. Kompozytorsko Mikko także nie zaskoczył, choć jest to bez wątpienia album bogatszy od poprzednika (o nim tutaj). Zaryzykuję stwierdzenie, że zostały tu wprowadzone momenty chwytliwe, takie, które wchodzą do głowy i nie chcą z niej wyjść. Na szczęście nie są to jakieś tanie plastikowe chwyty, tylko genialne melodie będące jak najbardziej w klimacie i nie robiące z Clandestine Blaze sprzedajnej wydmuszki. Podsumowując – baza tego albumu to ciągle ten sam niezmienny klasyczny black, z daleka wiejący podpisem Mikko, nie dającym szansy pomylenia go z niczym innym. Clandestine Blaze ma swoją wypracowaną przez lata tożsamość i fajnie, że się tego trzyma. Rozwinięty został jedynie zastosowany wachlarz aranżacyjny oraz wzbogacone same kompozycje, co czyni z „Tranquility of Death” album doskonały. O ile w przypadku „City of Slaughter” w pewnym momencie można było odczuć lekkie znużenie, tak tu nie ma o nim mowy. Płyta żyje przez cały czas trwania, w każdej sekundzie i minucie. To na pewno też spora zasługa produkcji o której już wspominałem. Początek drugiego numeru, cały drugi numer… zresztą, nie ma sensu wymieniać tych najlepszych momentów, bo jest ich bardzo dużo. Klawisze, akustyki, te piękne a zarazem smutne melodie. To wszystko robi tu robotę wspaniałą. Słucham tej płyty od kilku dni i nie mogę się oderwać. Choćby ten początek „Triumphant Empire”! Złoto! No, ale miałem nie wymieniać tego co tu piękne, bo za dużo tego. Dobra, piękne tu jest wszystko. Co powoduje, że o Clandestine Blaze warto pisać? Co wyróżnia akurat ten projekt? To pytanie pewnie pozostanie z niezbyt konkretną i nie do końca sprecyzowaną odpowiedzią, bo brzmi ona – magia. Coś nieuchwytnego, czego nie da się opisać słowami, coś co chwyta za serce i duszę i nie puszcza. I to coś jest wciąż obecne w muzyce niestrudzonego Fina, dziś silniejsze chyba niż kiedykolwiek dotąd. Dla mnie to najlepszy album Clandestine Blaze i jeden z najlepszych black metalowych krążków w tym roku. Pewnie przesłucham go jeszcze kilkadziesiąt razy i stwierdzę, że najlepszy, bo wszystko ku temu zmierza. Co do jednego mam pewność – warto jest być wiernym swoim ideałom i obranej drodze. I nie robić z siebie sprzedajnej pipy. Za to mam ogromny szacunek do Mikko i podziwiam za konsekwentność. Świetna robota, panie Aspa. 

Ocena: 10/10

Clandestine Blaze - „Tranquility of Death”. Northern Heritage, listopad 2018.


"Tranquility of Death" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz