piątek, 16 listopada 2018

Melodia mogił.


In Twilight’s Embrace to zespół któremu kibicuję od drugiego albumu (pierwszy znam i dlatego pomijam milczeniem). Rok temu ukazała się czwarta płyta - „Vanitas” (o niej tu) i została przyjęta bardzo pozytywnie, choć (do czego już Poznaniacy zdążyli przyzwyczaić) przyniosła sporą zmianę stylu. W ogóle kibicowanie In Twilight’s Embrace jest dziwne, bo to trochę tak jakby co roku wspierać inną drużynę. Na szczęście co roku jest to zespół zwycięski. Tym razem Metal Śmierci zawitał do nas znienacka, podczas nocy łączącej ze sobą październik z listopadem. Nie był to przypadek, bo najnowsze wydawnictwo In Twilight’s Embrace to ścieżka dźwiękowa umierania, oddawania czci zmarłym i wszystkiego co z tym związane. Co uważniejsi mogli na groby udać się z „Lawą” w słuchawkach.


Polska wywrócona, czyli LAWA

Koncept tego materiału opiera się na przeświadczeniu, że jako Polacy uwielbiamy trwać w przeszłości, umierać pięknie i daremnie, zamiast cieszyć się tym co tu i teraz. Śmierć i fascynacja nią są w naszych genach i pełnią w tym pięknym kraju rolę wręcz kulturotwórczą. Nie ma zresztą potrzeby bym w tym miejscu się nadmiernie rozpisywał, wszystko najlepiej wyjaśni Wam sam twórca tekstów, Cyprian (tu znajdziecie naszą rozmowę). Dodam jeszcze tylko, że „Lawa” inspirowana jest Dziadami Mickiewicza oraz filmem Tadeusza Konwickiego (o tym samym tytule co płyta), będącego interpretacją dzieła wieszcza. Wszystkie te czynniki bez wątpienia wpłynęły na decyzję o zaśpiewaniu całości materiału w języku ojczystym. Jest to dla poznańskiego zespołu nowość, choć flirt z polszczyzną mają już za sobą. Jeśli pamiętacie EP „Trembling” (więcej o niej tutaj), to zapewne kojarzycie cover Armii śpiewany po polsku. Tym razem wskakujemy poziom wyżej, bo tu twórczość jest własna, co wymagało od twórcy dużo większego zaangażowania i wyczucia. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić „Lawy” w języku innym niż polski, bo który lepiej opowie to, co w naszych duszach, sercach i genach gra? O tej beznadziei, o bagażu bolączek i skundlonym romantyzmie? Ta płyta jest do bólu polska, nasza, rodzima, możemy się jedynie pokusić o rozszerzenie tych kryteriów na sąsiednie narody słowiańskie, bo w sprawach duchowych jesteśmy bardzo podobni. Mogłoby to rodzić obawę, że za granicami naszego państwa ten trzydziestominutowy krążek nie zostanie przyjęty ze zrozumieniem, jednak jak zapewnia Cyprian, jest inaczej. W dużej mierze to zapewne zasługa samej muzyki. „Lawa” w tym względzie ciekawie wpisuje się w chronologię zespołu. Ciekawie, bo jest jakby zatrzymaniem pewnego cyklu, pewnej drogi rozwoju. Z płyty na płytę In Twilight’s Embrace zmieniał się, momentami wręcz nie do poznania. I kiedy osiągnął poziom „Vanitas”, gdzie melodyjność i chwytliwość numerów były podstawą - co nie dziwi, bo śledząc wcześniejsze dokonania i przemiany, dało się dostrzec, że wszystko zmierza właśnie ku temu – pojawia się „Lawa” ze swoją szorstkością, gęstością i lekką dawką brudu, prostoty a czasami wręcz brzydoty. Wszystkie te określenia są, akurat wobec tego materiału, jak najbardziej pozytywne, bo trudno sobie wyobrazić śpiewanie o śmierci w tonie wesołej piosnki weselnej. W każdym razie nam, Polakom, trudno. I właśnie dlatego „Lawa” brzmi tak jak brzmi. Jest tak a nie inaczej skomponowana i zaśpiewana. Nie sugeruję tu żadnego wyrachowania, bo materiał brzmi bardzo naturalnie. My po prostu wiemy jak poruszać się w tej tematyce, w końcu mamy to w genach, poza tym, inaczej za bardzo nie umiemy a nawet jeśli próbujemy, nie wychodzi to szczerze. Melodyjność „Vanitas” została tu zastąpiona ponurą dosłownością i bolesną prawdą. Nie oznacza to, że nic tych płyt nie łączy. W twórczości zespołu jest to para pomiędzy którą różnice są najmniejsze, bo nie doświadczamy tu kompletnej zmiany stylu czy wizerunku. Zespół okrzepł, na swoim dotychczasowym opus magnum odnalazł chyba wreszcie swój styl (choć to ryzykowne stwierdzenie) i jedynie na potrzeby „Lawy” zagrał nam bardziej surowo, ponuro i dosadnie. Ale podkreślam, w przypadku panów z Poznania, każda kolejna płyta może być nie do poznania, więc trudno cokolwiek założyć. Ja osobiście chciałbym by zostali gdzieś pomiędzy tymi dwoma albumami, absolutnie najlepszymi w ich dyskografii. No i właśnie, pojawia się pytanie jak traktować „Lawę”. Czy to album, czy EP? Ponieważ sam zespół nie jest w stanie się do końca zdecydować, ukułem określenie „album-duch” i będę się go trzymał. Nie ma zresztą znaczenia, jak go określimy. Ważne, że to świetny materiał. Przepełniony ludowością, zabobonami, mistycyzmem, tęsknotą i smutkiem, momentami gniewem. O niesamowitej atmosferze. Uduchowiony. Pełen doskonałej muzyki, aranżacji i świetnych tekstów. Jako dzieło koncepcyjne, skończony i zamknięty, dopracowany w każdym aspekcie. Brawo. Zdecydowanie tegoroczna czołówka. To wszystko jednak nie ma żadnego znaczenia, bo...

...do Diabła z nami! Śpiewajmy melodię mogił!

Ocena: 10/10

In Twilight’s Embrace - „Lawa”. Wydanie własne, listopad 2018.


"Lawa" na Discogs:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz