niedziela, 11 listopada 2018

Mariaż ciemności z czernią.


Dzisiaj black metal to pojęcie bardzo szerokie. Zaczynając od klasyków, poprzez pierwsze eksperymenty oraz falę skomercjalizowanego plastiku, po współczesnych eksperymentatorów, którzy bardzo lubią przed używać „post”. Są też oczywiście ci, którzy wiele nie zmieniają, co najwyżej ewoluują, nie wzbudzając kontrowersji idą swoją drogą i tych chyba wciąż jest najwięcej. Wszystkie wyżej wymienione okresy czy też trendy nie ominęły kolebki drugiej fali gatunku, czyli Norwegii. Kraju, który po latach posuchy i oddaniu palmy pierwszeństwa, wraca do łask rogatego co chwilę wypluwając ciekawe propozycje muzyczne. Jedną z nich jest tegoroczny album Mare, który pokazuje nowe oblicze tego zasłużonego kolektywu. 





Zespół z Trondheim powrócił a zarazem zadebiutował, bo wreszcie wypuścił swój pierwszy pełny album. I dla wielu jest on sporym zaskoczeniem, często in minus. Powróćmy więc do wstępu i zastanówmy się dlaczego, skoro Mare w żadnym stopniu nie popełniło głupstwa lukrując swoją muzykę polewą czekoladową z dodatkiem cekinów, nie postanowiło wymyślić koła raz jeszcze czyli dodać sobie z przodu słowo „post”, nie poszło na łatwiznę nagrywając znowu to samo. No i tu jest pies pogrzebany, prawda? Bo zespół z Trondheim nie nagrał tego co osiem lat temu na swoim ostatnim wydawnictwie, tylko ewoluował. Osiem lat temu! Jeśli ktoś stoi osiem lat w jednym miejscu, robi mu się pewnie niewygodnie, trudno więc oczekiwać, że nie będzie chciał choć trochę zmienić położenia. Niestety, nie wszyscy to rozumieją, bo słyszałem sporo kuriozalnych opinii, że ten album to jakieś romantyczne melodyjki dla dziewcząt i co to w ogóle jest? Ano, proszę państwa, to jest mariaż black metalu z dark metalem. Przy czym z tego drugiego mamy tu atmosferę i klimat i nie jest to wcale dominujący składnik tego albumu. Tu nadal fundamentem jest black metal i to jak najbardziej klasyczny. No ale jak to tak, bez ciągłej kanonady blastów, bez wrzasku i bez totalnej agresji? Właśnie tak. I właśnie bez tych elementów udało się stworzyć płytę wiejącą grozą i złem na kilometry. Czy naprawdę nikt nie zauważa podobieństw do kultowego przecież dla wszystkich „De Mysteriis Dom Sathanas” Mayhem? Czy tamten wielki album bazował na blastach, agresji i piwnicy? Nie, on był potężny strachem i grozą, atmosferą zła, namacalnego zła. „Ebony Tower” też ma to w sobie. Oczywiście, zachowajmy proporcje, ale płyta Mare nie powstała po to, by detronizować kogokolwiek, bo choć bardzo dobra, jest na to za słaba. Poza tym, to nie zawody. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że zespół z Trondheim swego czasu grał inaczej i dla wielu prawdziwych purystów gatunkowych (sam jestem w dużej mierze jednym z nich) najnowsza propozycja Norwegów jest nie do przyjęcia, niech więc zostaną oni przy dawnym okresie twórczości Mare i wszyscy będą szczęśliwi. Pora zrozumieć, że black metal jest black metalem nie tylko ze względu na muzykę a właściwie w najmniejszym stopniu dzięki niej. Dobrze wyjaśnił to w jednym z ostatnich wywiadów lider Archgoat, ale to nie czas i miejsce na rozwijanie tematu. Black metal to atmosfera zła, to przekaz tekstowy, to klimat grozy, buntu i strach, który ma rodzić się w sercach przeciętnych owieczek. Jeśli ktoś powie mi, że na tej płycie nie ma tych wszystkich elementów, to najwyraźniej nie bardzo potrafi odbierać muzykę całym sobą i skupia się tylko na utartych schematach zapisanych w podręcznikach trzydzieści lat temu. Bardzo się cieszę, że Mare zna te podręczniki, co słychać, ale co jeszcze lepiej słychać – odłożyło je na bok i pisze swój własny. Dzięki temu otrzymaliśmy „Ebony Tower”, album pełen grozy, atmosfery duszności, rysujący przed oczami obrazy mrocznych rytuałów skąpanych we mgle, samotnej wędrówki podziemnymi korytarzami gdzie jedynym kompanem jest tajemnica. Bo to ona doprawiona strachem rządzi tym albumem. To jest płyta potężna klimatem ale nie tylko, bo muzycznie panowie czerpią tu z najlepszych lat norweskiej sceny ale także z siebie, bo w końcu sporo tej scenie dali. Jakiś czas temu było mi dane zobaczyć na żywo wykonanie całego „De Mysteriis Dom Sathanas” i zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Dużo bym dał by uczestniczyć w takim misterium, gdzie gospodarzem będzie Mare a ucztą „Ebony Tower”, od pierwszej do ostatniej sekundy tego bardzo dobrego dzieła. 

No i te wokale! I te kotły w drugim numerze! 

Ocena: 9/10

Mare - „Ebony Tower”. Terratur Possessions, 2018 rok. 



"Ebony Tower" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz