czwartek, 15 listopada 2018

Kredo black metalu.


Amerykanie lubią wyśmiewać Kanadyjczyków, jednak prawda jest taka, że na polu black metalu, to mogą co najwyżej swym północnym sąsiadom buty czyścić. Od jakiegoś czasu obserwuję z większą uwagą tamtejszą scenę i moja atencja rośnie. Chyba nie zaryzykuję wiele, jeśli stwierdzę, że w tej chwili to Kanada posiada najciekawszą scenę spoza Starego Kontynentu. A jeśli już Kanada, to oczywiście Quebec, w którym zespołów więcej, niż pedofilów w kościele katolickim. No i w końcu jeśli już Kanada, jeśli już Quebec, to musi być Akitsa. W przyszłym roku stuknie im dwadzieścia lat od debiutu, co postanowili uczcić już teraz, wydając doskonały album „Credo”.




Pierwsze dźwięki szóstego albumu Kanadyjczyków to wypisz wymaluj Burzum i jego „Filosofem”, ale zaraz potem zmieniamy klimat na… „Det Som Engang Var”, czyli wszystko zostaje w rodzinie. Mocno przesadzam, choć sporo w tym prawdy. Gdyby ktoś poprosił mnie o opisanie tego albumu jednym zdaniem (co jest niewykonalne), to w tym zdaniu na pewno znalazłaby się nazwa Burzum. Bo to najprostsza i najbardziej celna wskazówka, ale tylko wskazówka. To ważne, bo jeśli ktoś myśli, że „Credo” to tylko i wyłącznie mieszanka „Filosofem” i „Det Som...”, najwyraźniej zatrzymał się na pierwszym numerze. A on, pomimo że świetny, nie jest reprezentatywny dla całego albumu. Liczy sobie prawie dziesięć minut i ze swoją budową (przez jakiś czas średnie tempa, ale większość wolna, jednostajna, transowa) nie jest wymarzonym otwieraczem. Ciekawe ilu słuchaczy przez niego nie przebrnęło, choć jak podkreślam – to naprawdę dobry utwór. Jednak prawdziwy album w moim odczuciu, prawdziwa Akitsa, która jest sobą zaczyna się od drugiego utworu (motyw, który go rozpoczyna to jest po prostu cudeńko) a kończy na ostatnim, także dziesięciominutowym kawałku tytułowym. Kanadyjski duet nie jest zwolennikiem bogatych aranży i przekombinowania kompozytorskiego, pomimo tego dzieje się na tym albumie bardzo dużo. Prawda, echa Burzum nie milkną do końca płyty, ale nie widzę w tym nic złego, bo Burzum uwielbiam. „Credo” to jednak inna opowieść muzyczna, bardziej zróżnicowana nastrojem i natężeniem emocji. To taki black metal jakiego mogę słuchać bez końca, pełen pierwotnego klimatu, zimnej, prymitywnej siły i prostoty w najlepszym wydaniu. Nie brakuje tu także momentów refleksyjnych, zwolnień i chwil, w których muzyka odcina nas kompletnie od rzeczywistości, chwil pełnych podniosłości ale i smutku, melancholii i beznadziei. Wszystko to podane jest oczywiście w klimacie piwnicznym, co tylko wzmacnia siłę przekazu. Doskonałą robotę czynią tu wokale – opętane, wyjące ale kiedy wymaga tego nastrój, potrafią być pełne pewności i siły. Trzy ostatnie utwory to już jest po prostu prawdziwa uczta, której kulminacja następuje w epickim, zamykającym płytę numerze, w pełni zasługującym na bycie tytułowym. Dzieje się w nim najwięcej i jest doskonałym podsumowaniem „Credo”. Akitsa pokazuje tym albumem, że prostota to wciąż największa siła black metalu, że surowość to jego naturalne środowisko i nie ma sensu silić się na cuda wianki, bo szczery i prawdziwy album, przemawiający do serca, można stworzyć prostymi środkami. Wystarczy czuć tę muzykę, wiedzieć, co ona ma sobą reprezentować. W świetle tej konstatacji tytuł albumu też nie wydaje się przypadkowy. W czasach eksperymentów granie w takim stylu może nie być najpopularniejsze, ale kogo poza kilkoma kretynami niszczącymi scenę obchodzi popularność? Przecież black metal to wojna. Można się śmiać z tego wyświechtanego już banału, ale jest w nim dużo prawdy. A w każdym razie było. Akitsa ze swoim „Credo” przywraca tego ducha i robi to niezwykle przekonująco. Ja z takiej piwnicy wychodzić nie chcę i liczę, że Kanadyjczycy też w niej pozostaną. Tegoroczna czołówka gatunku, bez dwóch zdań. 

Ocena: 10/10

Akitsa - „Credo”. Profound Lore Records, 2018 rok. 






"Credo" na Discogs:
https://www.discogs.com/Akitsa-Credo/release/12676388

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz