piątek, 9 listopada 2018

"Kochamy pieski i kotki", czyli zwierzenia mizantropów z Mazowsza.

Misanthropic Rage. Enigmatyczny duet z Mazowsza, który w dorobku ma już dwa albumy. Oba wyszły pod sztandarem Godz Ov War Productions i oba wzbudziły spore zainteresowanie, bo panowie grają nieszablonowo, mieszając w swej twórczości różne style. "I.N.R.I.", druga płyta zespołu, ukazała się w marcu i w moim podsumowaniu roku będzie wysoko (jeśli ktoś jeszcze nie zna, polecam posłuchać - tu moja recenzja). Ponieważ panowie to nie tylko utalentowani muzycy ale także gawędziarze i świetni koledzy, postanowiłem zadać im kilka głupich pytań. Zapraszam do lektury. 


W. i AR.




PP: Dzień dobry panowie! Premiera waszego ostatniego dzieła miała miejsce w marcu. Teraz mamy listopad, było kilka miesięcy na zebranie opinii i wrażeń dotyczących „I.N.R.I.”. Jak z Waszej perspektywy album został przyjęty i oceniony przez fanów, dziennikarzy i lud pracujący kraju nad Wisłą?

AR: A Dzień dobry, drogi Panie! Fakt, od marca minęło już kilka miesięcy, ale chciałbym też zaznaczyć, że z gotowym materiałem czekaliśmy prawie 11 miesięcy na premierę. Co dla nas, a przynajmniej dla mnie było nieco frustrujące, ale takie prawa rynku. Więc wiesz emocje opadły już jakiś czas temu. Jeśli chodzi o odbiór materiału, recenzje itd. to były pozytywne i bardzo dobre, co bardzo cieszy oczywiście. Chociaż przyznam się, że o ile w okresie premiery mnie to interesowało i czytałem faktycznie każdą reckę, bo byłem po prostu ciekaw jak taka posrana muza z mojej głowy może być odebrana, to nieco później sam nie wiem czemu, ale chyba biorąc pod uwagę właśnie ten rok czekania plus dzisiejszy rynek, w którym nawet najlepsze płyty są zapominane po tygodniu bo jest tak kurewski przemiał tego wszystkiego, po prostu straciłem tym zainteresowanie. I niech się dzieje dalej wola diabelska. Co do sprzedaży albumu? Nie wiemy, Greg tam nieraz nas uspokaja, że coś tam schodzi, więc wiesz cieszy i te kilka recenzji i kilka sztuk opchniętych, ponieważ nie oszukujmy się, robimy to przede wszystkim dla siebie, tak? Przyznaję, że jak byłem młodszy to myślałem, że jak nagram zajebisty album to moje życie się odmieni i będę mógł tym się zajmować, aby utrzymać rodzinę. Ale nie jesteśmy kurwa w bajce, tylko w życiu, w którym trzeba ostro zapierdalać nawet na kilka etatów, aby spełnić te swoje nawet najmniejsze marzenia. I nie ma co zwalać winy na rynek, na internet, czy na inne bzdury. Po prostu trzeba się kurwa ogarnąć i robić to co się kocha. Nieważne czy przynosi profity czy doprowadza cię do szału. Jeśli kochasz swoją pasję, to wiesz o czym mówię. 

W: Nic dodać, nic ująć. Recenzje były dobre i bardzo dobre, to cieszy – zawsze miło, gdy ktoś doceni to co robisz. Nie mniej jednak, robimy to dla siebie, nie oglądamy się na nikogo, nie czujemy się zobowiązani spełniać niczyich oczekiwań. Gdybyśmy patrzyli na to, co robimy, w sposób materialny, to może by się człowiek zastanawiał, czy gawiedzi spodoba się dźwięk zagrany w taki czy inny sposób, a tak – mamy to w dupie i robimy swoje.

Szykowałem się ostatnio do podsumowania rocznego i nagle zdałem sobie sprawę, że przecież Wy właśnie w tym roku wydaliście album i to doskonały, jednak czas tak zasuwa, jest taki natłok nowości, że głośno o płycie jest tylko pięć minut przed i po premierze a potem ona gdzieś tam znika. O Waszej szybko zrobiło się cicho, nie zależy Wam na jakiejś większej promocji, szerszej obecności w mediach społecznościowych czy branżowych? Może jakiś skandalik dla rozbudzenia zainteresowania? Może kocia karma?

AR: No ba!!! Kocham pieski i kotki! Więc czemu nie, chociaż Adaś już opatentował pomysł dla piesków, a ja wole właśnie pieski, ale znowu W. uwielbia kotki, więc W. czemu, nie? A wracając do tematu.... no tak skandale...skandale i jeszcze raz skandale. Nawet moja żona zauważyła, że bez tego po prostu chuj z tego. Niedługo dojdzie do tego, że skandalem będzie „brak skandalu” i wtedy może się załapiemy na hajp. A co do ciszy po premierze. Staaary, jest tyle tego przecież, że trzeba się cieszyć, że w ogóle ktoś odnotował coś takiego jak Misanthropic Rage, który podkreślam „nie jest doskonały i nigdy nie będzie”. Tak jest obecnie ze wszystkim. Mnóstwo filmów i seriali dookoła, których nie zdążysz docenić bo pojawia się kolejny, który znowu trzeba obejrzeć przecież, muzyka to samo, ogarnąć tego nie sposób przecież, a na spotifaju, bandcampie codziennie coś nowego. No i co tu wymagać? Ludzie naprawdę durnieją z przesytu. Sam się na tym łapię każdego dnia. Nie dość, że człowiek im starszy tym mniej czasu na wszystko, to jeszcze tu W. wysyła tuzin linków do zajebistych płyt, tu szwagier poleca mnóstwo filmów i seriali, no i jaki tego finał? Że po pół roku, jak przypomnisz sobie chociaż trzy tytuły, które tobą zatrzęsły to jesteś kurwa mistrz!. Takie czasy. Poziom wszystkiego jest zajebisty naprawdę, ale nie sposób nam tego wszystkiego docenić, bo najzwyczajniej w świecie jest tego za dużo.

W: To ja tylko sprostuję, bo to jakieś jawne pomówienia – jednakową sympatią darzę zarówno psy, jak i koty. Na skandale jesteśmy po prostu zbyt nudnymi, szarymi, niczym nie wyróżniającymi się obywatelami. Wychodzenie przed szereg i straszenie swoją facjatą z każdego zakątka internetu kompletnie nie leży w kręgu moich zainteresowań, ni ambicji. I tak każdą wolną chwilę poświęcam na przekopywanie się przez wspomniane morze zajebistych płyt, na cokolwiek innego ciężko znaleźć czas. I tak jak AR wspomniał – fajnie, że w ogóle w tym natłoku znalazło się i dla nas odrobinę miejsca. I wiesz, to nie tak, że nie mamy ambicji żeby docierać gdzieś dalej, ale nie kosztem własnej tożsamości. Jeżeli kiedyś zostaniemy zauważeni, to mam szczerą nadzieję, że przez wzgląd na naszą muzykę, a nie przez to jak wyglądamy, czy też co gdzieś kiedyś powiedzieliśmy.

Pozostańmy jeszcze przy „Igne Natura...”. To Wasz drugi album, stanowczo bardziej rozbudowany i złożony od pierwszego. Czy wpływ na to miał większy niż na debiucie wkład twórczy W. czy takie jest po prostu zamierzenie i naturalna droga Misanthropic Rage – im bardziej skomplikujemy sprawę tym lepiej?

AR: Hmmm, no widzisz, ja znowu uważam, że „I.N.R.I.” był bardziej przyswajalny dla ucha, bardziej klimatyczny, nawet bym powiedział, że kurwa romantyczny momentami. Chociaż faktycznie jeśli chodzi o aranżacje, ścieżki i detale to był to istny horror dla mnie do ogarnięcia. Z perspektywy czasu, uważam, że przesadziłem w pewnych momentach. Nie zrozum mnie źle, dalej jestem dumny z tej płyty i nawet czasami ją odpalam, co jest rzadkością jeśli chodzi o moje własne produkcje. Chciałem dobrze, momentami nawet za dobrze. Przez co, uważam, że „Gates” była bardziej spontaniczna po prostu, co moim zdaniem słychać. Nie jestem w stanie określić która jest lepsza a która gorsza, bo moim zdaniem jest to spójny ciąg, który będzie kontynuowany na trzecim albumie. A osoba W. , potwierdzam, miała jak najbardziej wpływ na komponowanie, przez co „I.N.R.I.” ma w sobie więcej tej black metalowej atmosfery. 

W: Tam gdzie „Gates...” było właśnie spontaniczne, czy chaotyczne wręcz, tam „I.N.R.I” jest na swój sposób wyrachowane, że się tak wyrażę. Może nie aż kalkulowane, ale na pewno dużo dłużej pracowaliśmy nad tymi utworami, a co za tym idzie również kilkukrotnie zmieniały swoje oblicze. Jest bardziej przemyślane. Nie mniej jednak, myślę że na obu materiałach słychać, że jest to ten sam band. Obie płyty uważam za równie udane, i najlepsze co mogliśmy zrobić w danym okresie. Wiadomo, z czasem człowiek zaczyna dostrzegać pewne elementy które można było zrobić inaczej, po części tak było również podczas prac nad „I.N.R.I” z tego względu że mieliśmy sporo czasu na dłubanie, nie mniej jednak kto się nie rozwija, ten stoi w miejscu.

Debiutem zawiesiliście sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Byli tacy, którzy bali się, że nie sprostacie. Udało się, bo w moim mniemaniu drugi album podniósł te poprzeczkę jeszcze wyżej. Nie przeraża Was perspektywa stworzenia kolejnego co najmniej tak dobrego dzieła?

AR: Nie, absolutnie nie. Nie czuję żadnej presji, bo nie zależy od tego moja dalsza egzystencja. W dupie mam poprzeczki i co się komu udało, a co nie. Ja robię wszystko po swojemu, wtedy kiedy mam na to ochotę. Jeśli mam fazę, aby nagrać kawałek jazzowy, to po prostu to robię, jeśli death metalowy, to też to zrobię, ale oczywiście po swojemu. Muzyka jak kiedyś sam wspomniałeś w rozmowie to nie matematyka, to uczucia, emocje, które po prostu zmieniają się w nas każdego dnia, dojrzewają. Śmieszą mnie te wszystkie łatki i etykietki jakie zespoły sobie wynajdują. My mamy w promosach zajebane „avantgarde black metal”. A co to w ogóle kurwa znaczy? Ja nie mam pojęcia. Owszem zdaję sobie sprawę że wielu muzyków nagrywa i robi coś aby sprostać wymaganiom ludzi, „fanów”. Po co? Muzykę trzeba robić z potrzeby własnej. To twoja osoba ma mówić jak to kurwa ma wyglądać, nikt inny. Zobacz ile dookoła hajpów na te wszystkie Furiowate, wierszem pisane poetyckie black metale. Czy to jest szczere u każdego, czy tylko po prostu dopasowanie się do trendu, że Furia mogła to i my możemy. Ja tak to widzę, może się i mylę, ale takie mam odczucia obserwując to. Dlatego nie przeraża mnie perspektywa kolejnego albumu i dalszych albumów pod różnymi szyldami. To ja mam być zadowolony z wydawanej rzeczy na którą przeznaczam moja kasę, a nie nikt inny. A jeśli nikt tego nie wyda, no cóż, w szufladzie mam pełno swoich godzinnych krążków dla własnej potrzeby, które nie powstały po to, aby zadowolić lub udźwignąć czyjąś poprzeczkę. 

W: I znów AR wyczerpał temat hehe. Robimy swoje, z lepszym lub gorszym skutkiem będziemy to robić dalej. Wiesz, ktoś mądry kiedyś powiedział, że album przestaje być własnością artystów w momencie wydania, i ja się z tym całkowicie zgadzam. Tak długo jak album powstaje, mamy na niego wpływ. Jak już jest wydany, to już całe jego być albo nie być przestaje być naszym udziałem. Nie ma recepty na sukces, i nikt nie jest w stanie przewidzieć czy coś okaże się rozchwytywanym albumem, czy też będzie leżał w pudełku w garażu, chociaż z pewnością większość wydawców opiera się na własnej intuicji. Reasumując – obaw nie mamy żadnych. My robimy swoje, a czy to się przyjmie? Czas pokaże.

Jeśli już jesteśmy przy kolejnym albumie. Wiem, że materiał się tworzy, to co słyszałem bardzo mi się podoba i o ile pozostajecie w swoim wypracowanym stylu klimatem, to odnoszę wrażenie, że kompozycyjnie jest troszkę prościej. Czy to zamierzone, czy po prostu to surowizna na etapie demo i wiele się jeszcze zmieni? Czy po prostu mój słuch już jest do chrzanu z racji wieku?

AR: Wszystko w porządku z twoim słuchem. Masz rację, tym razem stawiamy na spontaniczność, prostsze podejście do kompozycji. Dlaczego? Ano dlatego jak wspomniałem wyżej. „I.N.R.I” pod względem realizatorskim mnie nieco przerosło i w pewnym momencie straciłem ten „fun”, który jest najważniejszy jeśli chodzi o tworzenie muzy. To demo które słyszałeś to efekt jednej sesji, podczas której po prostu usiadłem i improwizowałem to co słyszałem w głowie, bez zbędnego myślenia, wnikania w progresję akordów, itd. Chcę właśnie w ten sposób dopełnić finalną formę tego albumu. Mamy już wstępny tytuł, dalszą część konceptu, także została nam faza finalna i baaardzo mnie to cieszy, gdyż uważam, że będzie to najostrzejszy i najspójniejszy nasz album, co udało się właśnie uzyskać przez wspomnianą spontaniczność. Oczywiście dalej słychać, że jest to Misanthropic Rage, co też jest zabawne w sumie, bo wiesz, nie oszukujmy się, korzystamy z elementów, które już gdzieś były miliardy razy, to nie jest nic nowego, żaden nowy styl, ale mimo to udało nam się już jakoś wyrobić ten charakter kompozycji, ten sposób łączenia fraz, akordów. 

W: No i rzeczywiście, to są dopiero pierwsze szkice, więc tutaj wieeeele jeszcze się zmieni na pewno brzmieniowo, jak dogram swoje partie to też pewnie swoje zrobi. Z drugiej strony – wszystko robimy nieco chałupniczo, we własnym zakresie. Obaj uwielbiamy dłubać i staramy się tyle, ile możemy zrealizować samemu, więc zawsze będzie to brzmiało surowo. Tak jak w przypadku dwóch poprzednich albumów, tu również, na pewno nagramy i zmiksujemy to sami, profesjonalnemu studio zostawiając tylko master. 

Kiedy możemy spodziewać się czegoś nowego? Czy będzie to pełny album czy tylko EP? I w końcu – jaki będzie jego koncept o ile jakiś będzie?

AR: Na początku rozmawialiśmy na temat EP, ponieważ przy krótszym materiale łatwiej właśnie o tę spontaniczność, a także szczerze mówiąc, chodziło o kwestie finansowe jeśli chodzi o końcową fazę miksowania i masteringu materiału. Ale jak czas pokazał, praca nad tym materiałem nabiera rumieńców i pojawia się mnóstwo pomysłów, więc zdecydowaliśmy się na kolejnego pełniaka. A kiedy? Nikt tego jeszcze nie wie...

W: Koncept rzeczywiście jest, i jak zwykle w naszym przypadku, jak już „zaskoczyło” to pomysłów jest więcej, niż jesteśmy w stanie zrealizować, a więc bardzo szybko wyklarowała się wspólna wizja. Na ten moment mogę Ci zdradzić, że tak jak i poprzedniczki, tutaj też nie będzie to jako taki pełnoprawny koncept album, ale na pewno spoi w jedną całość wszystkie 3 koncepty stojące za naszymi albumami.

Jak układa się współpraca z Gregiem z Godz Ov War? Trzymacie się go nadal czy może planujecie zmianę wytwórni?

AR: Greg jest świetnym człowiekiem i świetnym wydawcą. Naprawdę trudno powiedzieć coś złego na jego temat. Jak współpraca przy albumie nr 3 będzie wyglądała to czas pokaże. Jeśli będzie zainteresowany materiałem to czemu nie? Nie mam pojęcia. Greg otrzymał demo nowego materiału, ale jeszcze się do niego nie odniósł. Czas pokaże.

W: Na ten moment myślę że jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek deklarować. Pewnie, zastanawiamy się nad kilkoma rozwiązaniami, ale jeśli w grę wchodzi „los twojego dziecka”, że się posłużę taką metaforą, no to wszelkiego rodzaju „a co gdyby...” nie opuszczają Cię nawet na chwilę. Na pewno GOWP to czołówka w tym kraju, konkretny człowiek na konkretnym miejscu, pasjonat, co jest bardzo ważne. Nic złego na temat Grega powiedzieć nie mogę. Jeśli będzie chciał ten materiał, i będziemy mieli jakąś fajną wizję z nim związaną to nie widzę przeciwwskazań.

Dawno temu słyszałem o Waszych planach grania gigów. To oczywiście wymaga muzyków koncertowych, bo Was tylko dwóch. Będzie coś z tego, zobaczymy kiedyś MR na żywo?

AR: Temat, który mnie niesamowicie irytuje, ze względu na to, że mam dość szukania ludzi do współpracy. Wkurwiało mnie to na tyle, że postanowiłem sam zakupić gary i się uczyć i przestać szukać i ogarnąć temat sam. Jeśli chodzi o MR na żywo? Nie wiem, nie wykluczam, ale nie w najbliższym czasie, bo nie chcę robić tego na odpierdol tylko po to, aby zagrać kilka gigów za które będę musiał jeszcze zapłacić sesyjnym muzykom i kapelom, które łaskawie nas wezmą na support. Takie mamy zjebane czasy jeśli chodzi o granie na żywo i całą tą zabawę w bycie muzykiem.

W: To znaczy ja nadal chciałbym, zagrałem w życiu parę małych koncertów ze starymi projektami typu "od znajomych dla znajomych", i nie ukrywam że brakuje mi tego. Życie jednak weryfikuje - spędziłem ładnych parę tygodni na poszukiwaniu odpowiednich ludzi, i z czasem zapał osłabł - w końcu ileż można słuchać "a, wiesz, ja tak właściwie to już nie gram" czy "nie wiem czy bym się odnalazł w takim graniu" itp. Sami we dwóch tego nie ogarniemy, ludzi kompetentnych na horyzoncie brak. Może kiedyś…

Nie myśleliście nigdy nad tym by po prostu na stałe poszerzyć skład? A może najlepiej pracuje się Wam we dwóch?

AR: Misanthropic Rage to duet i tak już zostanie.

W: Więcej ludzi zaangażowanych, to więcej kompromisów, więcej wizji, a więc i więcej kłopotów. We dwóch mamy spójną wizję i jest to absolutnie najlepszy sposób na współpracę moim zdaniem. 

Artur, jesteś człowiekiem wielu projektów. Niedługo minie rok od kiedy wypuściłeś swój solowy materiał pod szyldem The Matter of A. Bardzo, ale to bardzo udany debiut. Kiedy jakiś następca? Czego możemy się spodziewać?

AR: Dzięki za te słowa! Jeśli chodzi o drugi album pod szyldem The Matter of A to jest już gotowy i czeka na mix i mastering, który ponownie będę robił u Roberta w Serakosie. A co do wydania, to będę wysyłał wersje promo do kilku wydawców i zobaczymy co z tego wyjdzie. Materiał jest baaardzo inny od „Anomalous”. Zdecydowanie więcej elektroniki i elementów jazzowych. Syntezatory i Saksofony grają główne role, gitary są na drugim planie, podobnie jak wokale, które są także w pewnym sensie eksperymentem. Nie wiem jak to zostanie odebrane, ale nie zastanawiam się nad tym zbytnio, ponieważ ten materiał też powstał jak „trójka” Misanthropic Rage, bardzo spontanicznie, po prostu z improwizacji. I praca nad nim to czysta przyjemność. Uważam, że im dłużej się siedzi nad spontanicznym pomysłem, tym bardziej odbiera mu się tę magię, tę całą otoczkę która sprawia, że po prostu morda ci się cieszy jak słuchasz tego swojego pomysłu. Po ciągłym męczeniu pierwotnego pomysłu po prostu przychodzi etap obrzydzenia.

Pochwalcie się co Was z tegorocznych premier pozamiatało najmocniej poza oczywiście doskonałym albumem MR?

AR: Tegoroczne premiery? Kurde, jeśli chodzi o mocne rzeczy to ciężko będzie, ale chwila.... Alice in Chains „Rainier Fog” – świetny album, idealny do samochodu, Watain „ Trident wolf eclipse”, Yob „Our raw heart”. Ostatni album Behemoth mi się bardzo podoba, zwłaszcza kawałek „Sabbath Mater”. Nowy Judas Priest długo gościł w odtwarzaczu. Ostatnio wróciłem także do Tribulation „Down Below”, który coraz bardziej mi się podoba. Na nowym Kriegsmaschine rozjebała mnie perkusja po prostu – coś niesamowitego! Ale tak serio to mało ciężkiej muzyki kręci się u mnie od jakiegoś czasu, dlatego teraz wymienię albumy, które naprawdę zawróciły mi w głowie: The Black Queen „Infinite games”, GoGo Penguin “A Humdrum Star”, John Coltrane “ Both Directions at once”, Robohands “Green”, Yussef Kamaal “Black Focus”, Portico Quartet “Untitled”, R+R+Now “Collagically Speaking” ( zwłaszcza kawałek “The night in Questions” – ciary!!!). No I plus masa staroci wiecznie krążących u mnie: Coroner, Sanctuary, Mercyful Fate, David Bowie, Death, AC/DC, Led Zeppelin, Dissection,… no zróżnicowany stuff, ale no ja tak mam. Polecam wszystko!!!

W: No, Panie, teraz to żeś poruszył czułą strunę hehe (wiedziałem, że to pytanie skierowane do W. będzie błędem - przyp. red.). 2018 to bardzo udany rok dla muzyki, mnóstwo dobrego już wyszło, na parę strzałów jeszcze czekam. Tylko uczciwie posłuchać każdego albumu i dać mu tyle czasu, na ile zasługuje coraz trudniej. Na pewno coś pominę, ale parę rzeczy które „zażarły” spróbuję wymienić. W zasadzie wszystko, co wypuścił Greg w GOWP, a już na pewno wydane jednocześnie z nami Stillborn i Kingdom, poza tym (kolejność przypadkowa): Kriegsmaschine „Apocalypticists” - przegenialna perkusja, na pewno tegoroczny top. Wiegedood „De Doden Heben Het Goed III”, Entropia „Vacuum”, Urfaust „The Constellatory Practice” (chociaż przyznaję, że poprzedniczka lepsza), Make A Change... Kill Yourself „IV”, Cultes Des Ghoules „Sinister”, Funeral Mist „Hekatomb”, Kalmen „Funeral Seas”, Ultha „The Intrexicable Wandering”, Craft „White Noise And Black Metal”, Slidhr „The Futile Fires Of Earth”. Bardzo czekam też na nowe Svartidaudi. Z tych mniej oczywistych, na pewno wspomniane The Black Queen, YOB, ale też Wolvennest, Dopethrone, Messa, Gold (wiem że z zeszłego roku, ale dopiero w tym roku ich odkryłem, mea culpa). Pewnie jeszcze wiele tytułów by się znalazło, to tak na szybko.

Kończymy. Ostatnie słowa należą do Was.

AR: Dzięki za wywiad! Za wsparcie i zainteresowanie! Róbcie co kochacie i nie pozwólcie nikomu tego zepsuć. Amen!

W: Dzięki za rozmowę!



Wszystko co związane z Misanthropic Rage do nabycia tutaj: http://godzovwar.com/shop/pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz