wtorek, 27 listopada 2018

Intensywność.


Debiut Outre jakimś cudem mnie ominął. Nie wiem co w tamtym czasie robiłem, może byłem na Grenlandii, może na Kamczatce, nie pamiętam. Fakt pozostaje faktem - „Ghost Chants” był wtedy dla mnie adekwatnie do swego tytułu pieśniami duchów. Po pewnym czasie nadrobiłem tę wstydliwą zaległość, muszę się jednak przyznać, że nie wpadłem w nurt powszechnej euforii i zachwytów, bo mnie ten album wydał się po prostu dobry. Nic ponadto. Kiedy więc gruchnęła wieść o następcy, zapisałem sobie w pięciu miejscach by go przypadkiem nie przeoczyć, bo głupio powtarzać te same zaniedbania. „Hollow Earth” przybył, przywalił mocno i kiedy się już podniosłem z ziemi, postanowiłem napisać o nim kilka słów.




Płytę rozpoczyna ciekawe intro, w pierwszej chwili myślałem, że to nadjeżdżający pociąg. Okazało się, że nie, jednak sam album przypomina solidnie rozpędzony wyładowany po brzegi skład towarowy. Taki, który pędzi i nie bardzo chce się zatrzymać a zderzenie z nim grozi momentalną anihilacją. Pierwsze wrażenie, które „Hollow Earth” zostawia, to niesamowita intensywność i gęstość. Bez bliższego i dłuższego poznania zdaje się być zbity i bardzo jednorodny, jest jak pocisk, który przelatuje w sobie tylko znanym kierunku i sam nie wie kiedy eksploduje. Potężny soniczny atak, który rozpoczyna się zaraz po intro. Płyta trwa niecałe czterdzieści minut a sprawia wrażenie dwa razy krótszej, jakby ktoś te wszystkie utwory upchnął w za małej torbie, która za chwilę pęknie. To coś jak idea nagrania czterdziestu minut i skompresowania ich do dwudziestu za pomocą totalnego naładowania mocą i energią. Ale to tylko pierwsze wrażenie, bo „Hollow Earth” trwa oczywiście te swoje trzydzieści sześć minut i kolejne odsłuchy dowodzą dobitnie, że ten wyładowany po brzegi skład towarowy czasami przystaje, zwalnia, odczepia jeden bądź dwa wagony zmniejszając ciężar. Szybko jednak wraca do swojego pełnego ładunku i prędkości przelotowej bo to jest jego naturalne środowisko. Czas poświęcony tej płycie to kluczowa sprawa, bo pierwsze wnioski to tylko pozory a jedynym środkiem na poznanie następcy „Ghost Chants” jest cierpliwość. Bo w tym rozpędzonym pociągu jest dużo więcej niż tylko energia, prędkość, siła, gęstość i intensywność ale wszystkie te pozostałe składniki są skrzętnie ukryte, co wymaga od słuchacza uwagi i wytrwałości. Po pewnym czasie okazuje się, że „Hollow Earth” posiada duszę, głębię i klimat, że można tu usłyszeć ciekawe melodie, niebanalne riffy, interesujące rozwiązania aranżacyjne. W pierwszej chwili to tylko ściana dźwięku wzmocniona solidnymi wokalami. Właśnie, te ostatnie są oczywiście w centrum uwagi bo wszyscy wiemy kto stał za mikrofonem na „Ghost Chants” i jak dobrą robotę zrobił. W dzisiejszym Outre głos dzierży Mateusz Zborowski i w moim odczuciu w żadnym stopniu nie ma powodów do kompleksów. Zrobił świetną robotę i to nie tylko jeśli chodzi o wokale pierwszoplanowe. Te są naprawdę dobre, ale moim zdaniem najwięcej pokazał w tle. W pierwszej chwili możecie nie zwrócić na to uwagi (bo ta cholerna ściana dźwięku!), ale polecam się wsłuchać. Jak to z pędzącymi pociągami bywa, swoje robi tu perkusja, która jest szybkostrzelna jak karabin maszynowy ale wyrafinowana jak francuska kusza. No i gitary. „Hollow Earth” wypełnia masa ciekawych, różnorodnych riffów, których (powtórzę się) w pierwszej chwili możecie nie usłyszeć. To one stanowią o potędze brzmienia tej płyty, powodują, że trudno nazwać ją stricte black metalową (a spotkałem się z takimi opiniami) i sprawiają, że podczas głośniejszego odsłuchu drży podłoga. I nerki. Gdy te wszystkie elementy zbierzemy do kupy, otrzymujemy niesamowicie skondensowany ładunek metalowy, który w dobie eksperymentów zyska na pewno spore grono wielbicieli. Z drugiej strony nie jest to album na każdą okazję i na pewno nie będę do niego wracał codziennie, bo on jest jak otrzeźwiający cios w mordę – czasami go potrzebujesz, ale nie chcesz dostawać za często. To był bogaty rok na krajowej scenie i w towarzystwie co najmniej kilku lepszych tegorocznych premier „Hollow Earth” może wypaść nieco bladziej, ale nie sądzę by aspirował do miana płyty roku. Rolę solidnego kopa w ryj spełnia bardzo dobrze a przecież o to w metalu chodzi. 

Ocena: 9/10

Outre - „Hollow Earth”. Debemur Morti Productions, 2018 rok.




"Hollow Earth" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz