piątek, 23 listopada 2018

Długa droga do celu.


Długo dojrzewałem do tej płyty. Gdy teraz, z perspektywy czasu, patrzę na ten proces, przypomina mi się sytuacja z ich poprzednim albumem. Było dokładnie tak samo. W obu przypadkach przeszedłem przez kilka etapów poznawczych, od początkowej obojętności, przez umiarkowane zainteresowanie po pełną aprobatę i docenienie. Niektórzy bardzo szybko pokochali ten album, bo pierwsze wyznania dozgonnej miłości pojawiły się już w dniu premiery, czyli dwudziestego pierwszego października. Ze mną jest inaczej. Muszę się chyba pogodzić z faktem, iż twórczość Kriegsmaschine dociera do mnie długo, jest to droga trudna i wyboista, męczy nas oboje, kosztuje sporo wysiłku, ale mam wrażenie, że dzięki temu ostatni jej etap jest jeszcze pełniejszy. Poza tym, nie wierzę, że taki album można umiłować po pierwszym odsłuchu.





Jest na to po prostu zbyt trudny, zbyt głęboki, zbyt złożony. Jego bogactwo tkwi na tyle głęboko, że nie wystarczy zdarcie wierzchniej warstwy by doznać końcowego uniesienia. Tu potrzeba długiej gry wstępnej, odpowiedniego podejścia, nastawienia i nastroju. Albo po prostu jestem za głupi by to wszystko dostrzec za pierwszym razem i tłumaczę to sobie w taki piękny sposób, by się jakoś pocieszyć ewentualnie usprawiedliwić. Niewykluczone. Jeśli są tacy do których naprawdę „Apocalypticists” trafił po pierwszych pięćdziesięciu minutach (tyle trwa) znajomości, to zwracam honor i biję się w pierś, że zwątpiłem. Nie zazdroszczę Wam jednak tej szybkości, wręcz nie chciałbym dochodzić do jego sedna w takim tempie. Ta płyta po prostu nie zasługuje na tak szybkie dotarcie do jej skarbów, w moim odczuciu to jej wręcz uwłacza. Dlatego cieszę się, że jestem na tyle oporny lub głupi. Poza tym, wiadomo, głupim łatwiej się żyje. Ale, żeby nie było za różowo, to nie jest tak do końca, bo cały ten proces jest dla mnie męczący i bolesny. Ja już po pierwszym odsłuchu wiedziałem, że ten album ma w sobie wielkość, równocześnie jednak dotarło do mnie, że jej odkrycie potrwa. I jak już pisałem, to jest bolesna droga, bo chcesz a nie potrafisz, nie możesz. Masz otwarte oczy, ale nie widzisz, uszy sprawne ale wokół cisza, setki zapachów drażnią ci nos, ale nie ten konkretny. To takie uczucie. Po jakimś czasie zaczynasz doceniać. Nieśmiało, bo wchodzi ci pierwszy numer, rozpoczynający się bardzo chwytliwie, więc zadanie ułatwione. Ale następne zlewają się w całość i ni cholery nie potrafisz ich od siebie rozróżnić. Do tej pory zresztą mam wrażenie, że ten album to jeden długi kawałek, tyle, że nie jest ono pejoratywne. Kolejne spotkania wyławiają więcej momentów wartych zapamiętania, chwil uniesień i pięknych doznań. Ale wciąż nie jesteś u szczytu, którego tak bardzo pożądasz. Wiesz już, że perkusja na tym albumie robi pracę porównywalną z perkusistami progresywnymi czy jazzowymi, podoba ci się wokal, powoli zaczynasz wtapiać się w atmosferę, ale wciąż nie dotknąłeś sedna. Już dawno wyśmiałeś tych, co stwierdzają, że „to taka Mgła, tylko trochę wolniejsza”, ale wciąż potrzebujesz słownika, by nawiązać z „Apocalypticists” jakikolwiek zalążek dialogu. I wreszcie, po wielu spotkaniach, nerwach, momentach wstydu i nieśmiałości, usilnych prób i spalonych szans, album sam otwiera się przed tobą. Wpuszcza i ukazuje całe swoje bogactwo. Bo to on decyduje kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach. Ty jesteś tylko małym, nic nie znaczącym pachołkiem. Sługą, który może jedynie mieć nadzieję, ale niczego nie powinien oczekiwać. Marnym bytem w obliczu wieczności. I to uświadamiasz sobie boleśnie, docierając do kresu poznania. Wtapiając się w niesamowitą atmosferę, perfekcyjną symbiozę dźwięków, którą daje ci każda minuta. W idealne wyważenie akcentów i zbalansowanie nastroju. I w całą tę nieuchwytną, nie dającą się opisać aurę grozy, nadchodzącej zagłady i twojej marności. Ale dociera do ciebie jeszcze coś. Coś co z jednej strony nie napawa optymizmem, z drugiej daje poczucie radości. Tym czymś jest świadomość, że tak naprawdę są na tej płycie rzeczy wciąż nie odkryte. Wątki poboczne. Kiedy już poznałeś jej największy skarb, możesz skupić się na tych mniejszych. Ich odkrywanie może być momentami bolesne, stąd brak optymizmu, ale radość z nadchodzących chwil i nieuniknionej nagrody jest, i powinna być, większa. „Apocalypticists” to wielki album. W tej chwili nie nazwę go płytą roku, bo spędziliśmy razem stanowczo zbyt mało czasu na takie deklaracje. Bardzo możliwe, że będzie to dla mnie album 2019 lub 2020 roku. Ale to jest nie ważne, bo ja cieszę się, że najgorszy etap za mną. Teraz już tylko z górki. 

Ocena: 10/10

P.S. Chciałbym podziękować M. za to, że albumy Mgły docierają do mnie dużo łatwiej. Nie wiem czy wytrzymałbym nerwowo gdyby było inaczej. 

P.S.2. No i za ten fragment z międzynarodową wersją „żadnych znamion duszy”!


Kriegsmaschine - „Apocalypticists”. No Solace, 2018. 



"Apocalypticists" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz