wtorek, 13 listopada 2018

"Do Diabła z nami!" - rozmowa z Cyprianem, wokalistą In Twilight's Embrace.


Poznański Metal Śmierci zawitał do nas znienacka, nocą łączącą październik z listopadem. Nie było w tym przypadku, bo nowy materiał In Twilight’s Embrace to ścieżka dźwiękowa ceremonii umierania i wszystkiego co z tym związane. Jako, że jest to wydawnictwo z kilku powodów wyjątkowe a ja sam jestem oddanym fanem zespołu nie mogłem przejść obok tego faktu obojętnie i poza zagłębieniem się w muzykę postanowiłem zadać kilka pytań osobie odpowiedzialnej za głos „Lawy” i jej przesłanie. Przed Wami rozmowa z Cyprianem, charyzmatycznym piosenkarzem, który kocha rocka i mocniejsze granie. 








PP: Dzień dobry Cyprianie! Jesteśmy świeżo po premierze „Lawy”, materiału, którym postanowiliście umilić swoim fanom wizyty na grobach. Data premiery nie była przypadkowa jak i cały koncept stojący za tym wydawnictwem. Skąd sam pomysł, jakie były inspiracje i czy praca nad płytą koncepcyjną była skomplikowanym przedsięwzięciem?

CŁ: Dzień zły. Nienawidzę odmiany imion w wołaczu. To tyle tytułem wstępu. 

Pomysł był z nami od dawna. Pojawił się jeszcze na etapie prac nad "Vanitas". Wziął się zapewne po części z nocnych wędrówek i dyskusji toczonych przy flaszce na pewnej nieczynnej nekropolii, do której mamy słabość. Po części też z fascynacji śmiercią i jej kulturotwórczą, zwłaszcza w naszych szerokościach geograficznych, funkcją. Bo my to uwielbienie śmierci i sił nadprzyrodzonych mamy zakodowane z dziada pradziada. Ono warunkuje to, jacy jesteśmy, co czujemy i jak rozmawiamy ze światem. Ten żywioł nas trawi od wewnątrz, on nas uświęca, a w zbiorowej podświadomości jest najwyższą siłą i czymś godnym wynoszenia na piedestały. I w czasie gdy cały świat chce spokojnie cieszyć się tym, co tu i teraz, my wciąż chcemy oddawać życie za wielkie idee, marzą nam się ofiary na ołtarzach historii, i niesienie zbawienia, choćby za cenę pokolorowania Bałtyku na czerwono. Po co? Wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony się z tym nie zgadzam, uważam to za zgubne i głupie, z drugiej - wiem, że sam taki w dużym stopniu jestem i nie chcę na siłę tego zmieniać. Ta płyta to wniknięcie w polską duszę, bez próby jej jednoznacznej oceny. To pierwsze w naszym dorobku, prawdziwie koncepcyjne dzieło. Z jednej strony, na poziomie muzyki, rzeczy działy się same - wyrzygiwaliśmy wprost te kompozycje jak tytułową lawę z wewnątrz. Z drugiej, potrzebowałem wielu miesięcy, by napisać pierwszą linijkę tekstu.

Jak mamy traktować „Lawę”? Czy to pełnoprawny album (trwa tyle co Vanitas), czy raczej EP? Jak Ty sam się na to zapatrujesz, bo kiedy rozmawialiśmy ostatnio to użyte przeze mnie określenie „album-duch” wydało Ci się słuszne.

Określenie "album-duch" uważam za celne. Nie tylko dlatego, że duchy w tych piosenkach mieszkają. Z punktu widzenia systematyki sprawa jest niejednoznaczna. "Lawa" trwa niecałe 30 minut. "Vanitas", którą uznajemy za pełnoprawny, duży album, trwała niewiele ponad pół godziny. Zgodnie z pierwotnym zamysłem, nasz nowy materiał miał być minialbumem, zwłaszcza że po raz pierwszy postanowiłem zaśpiewać całość po polsku. Z uwagi jednak na te wątpliwości, jak go sklasyfikować przy takim a nie innym czasie trwania, stwierdziłem, że jest mi wszystko jedno. Może to album, może epka. A może jedno i drugie. Albo żadne z powyższych.

Zaintrygowała mnie okładka, która pewnie wprawi kartografów w zakłopotanie. Możesz wyjaśnić jej znaczenie?

Skoro już wzięliśmy się za naszą zbiorową duszę, to jej wywleczenie pod czujne oko obserwatora wymagało wywrócenia całego polskiego organizmu do góry nogami. Wyszło sporo rzeczy intrygujących, dość dużo zwyczajnie obrzydliwych i fascynujących zarazem. No i sporo żółci, która zbierała się całymi latami. Bo jednoczą nas raczej złe doświadczenia, wspólne drapanie ran, przeżywanie tragedii i porażek - nawet tych, które bezpośrednio nie były naszym udziałem. Co znów ustawia nam azymut na śmierć i jej centralną rolę. Przecież my nawet niepodległość świętujemy zaraz po święcie zmarłych...

W materiale promocyjnym używacie określenia „Metal Śmierci”. Nie oszukujmy się jednak, death metalu stricte to Wy już nie gracie. Domyślam się, że określenie to ma odnosić się bardziej do treści i nastroju niż samej muzyki? Stąd „metal śmierci”, nie death metal?

Tak, używamy określenia "Metal Śmierci", bo naszym zdaniem najtrafniej opisuje to, co robimy od jakiegoś czasu. Nie mam zamiaru wdawać się w jakieś dyskusje na temat takiej czy innej stylistyki, naszej przynależności do niej i czy aby na pewno mamy papiery na to, żeby grać tak, a nie inaczej. Mam to głęboko w dupie. Robimy to, na co mamy ochotę. Gramy Metal Śmierci. O śmierci.

Idąc tym tropem – mam wrażenie, że z materiału na materiał łagodniejecie, Wasza muzyka staje się coraz bardziej melodyjna. Może „Lawa” nie jest do końca miarodajna w tej kwestii bo to jednak wydawnictwo okolicznościowe, ale już różnica pomiędzy Grim Muse a Vanitas pokazała to dobitnie. Czy to będzie droga na przyszłość?

Mogę mówić wyłącznie za siebie, a z mojej perspektywy "Lawa" jest najbardziej intensywnym materiałem w dotychczasowym dorobku. Jej ogromną siłą jest potężny ładunek emocjonalny, który legł u fundamentów każdego z tych numerów. Tym mierzę intensywność muzyki, a nie gęstością blastów na sekundę. To tylko narzędzia, mało istotne koniec końców. Istotny jest zamiar.

„Lawa” zaśpiewana została w całości po polsku. Czy to tylko ten jeden raz, czy może w przyszłości będziesz powtarzał ten zabieg? Jak z Twojej perspektywy wyglądała praca nad tekstami – czy było trudniej niż gdy piszesz po angielsku? Czy nie miałeś obawy o odbiór, o to że „wreszcie wszystko słychać i można zrozumieć”?

Za wcześnie jeszcze na wiążące deklaracje w odniesieniu do przyszłości. Czy było trudniej? No pewnie, że było. Podobnie jak każdy Polak ma gdzieś wkodowane myślenie magiczne i wzniosłe, tak nasza ojczysta mowa niejako z automatu pnie się ku patosowi i wzniosłym rejestrom. Wiesz, w tym kraju nawet punk rock brzmi jakoś tak nadęcie. Ale tak jak wspomniałem - jest gdzieś w nas ta tęsknota za patosem, wyjątkowym doświadczeniem, które możemy wyrazić monumentalną frazą. 
Ja się przez lata tego wstydziłem, być może pisanie po angielsku też jest pewną formą kamuflażu. Tym razem postanowiłem tę barierę wstydu przełamać.

Premiera „Vanitas” miała miejsce nieco ponad rok temu. Teraz dostaliśmy „Lawę”. Jesteście bardzo aktywni wydawniczo. Czy taka częstotliwość zostanie podtrzymana czy może planujecie teraz dłuższą przerwę?

Nie narzucamy sobie żadnego odgórnego kalendarza wydawniczego. Mimo to prace nad nowymi utworami powoli ruszają. Na razie luźno rozmawiamy na ich temat, a wkrótce zapewne przejdziemy od słów do czynów.

„Lawę” wydaliście sami, we współpracy z Left Hand Sounds. Wiemy, że Arachnophobia, która wydała Wasze ostatnie materiały, zamyka podwoje. Skąd jednak decyzja o samodzielnym wypuszczeniu krążka? Nie szukaliście innego wydawcy, czy może nie było chętnych? Jak ta kwestia będzie wyglądała w przyszłości?

Stąd, że nikt specjalnie nie kwapił się do wydania materiału, którego zawartość w zasadzie do ostatniej chwili trzymana była w tajemnicy. Nikt nie chce kupować kota w worku. Decyzja zatem, by wydać "Lawę" własnym sumptem wydawała się czymś naturalnym. Nie ukrywam, mam dużą satysfakcję patrząc na to, jak ludzie poznają się teraz na tych numerach.

Jestem wiernym fanem Waszej twórczości, jednak nie mogę powiedzieć, że na „Lawę” czekałem jak wysuszone mazowieckie pola na deszcz, bo wszystko było trzymane do samego końca w tajemnicy. Czy nie obawialiście się, że wydając sami, bez wcześniejszej promocji, materiał przejdzie niezauważony?

Jak na razie, "Lawa" jest chyba najlepiej widocznym materiałem In Twilight's Embrace z dotychczas wydanych. Co mnie trochę niepokoi, z uwagi na wspomniany już, nie do końca uregulowany status tego wydawnictwa. Ale najwyraźniej tak musi być - udało się nam celnie odpalić pocisk w sam środek szalonej, dzikiej i zabałaganionej polskiej duszy. Co ciekawe, pocisk ten trafia także do ludzi z innych krajów, którzy na swój dziwny sposób interpretują ten bagaż bolączek, wariactwa, goryczy i skundlonego romantyzmu. Może jednak mamy jakieś wspólne doświadczenia?

Dziękuję Cyprian za poświęcony czas, życzę powodzenia i mam nadzieję, że spotkamy się gdzieś na koncertowym szlaku. Ostatnie słowa należą do Ciebie.

Fani polskiego rocka, Metalu Śmierci i mocniejszego grania - do Diabła z nami!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz