środa, 14 listopada 2018

Diabelski kociołek.


Nie tak dawno temu, w nie tak bardzo odległej krainie, siedział sobie w swej ciemnej jamie diabeł. Był młody, pełen zapału i miał tylko jeden cel – zdeprawować cały Świat. Noc była ciemna, nawet księżyc bał się pokazać, huczał wiatr a powietrze cięło chłodem. Diabeł siedział w swej kryjówce a przed nim stał sporej wielkości kocioł z bulgoczącą zawartością. Za pomocą wielkiej metalowej łyżki mieszał w nim niestrudzenie, raz w prawo, raz w lewo, co pewien czas dorzucając nowych składników, co tylko wzniecało erupcje zawartości. Mieszał tak i mieszał, z tajemniczym uśmieszkiem na swej przebiegłej twarzy, aż wreszcie po wielu godzinach, był pewien. Mikstura gotowa, czas iść i częstować nią ludzkość.




Był sierpień tego roku, gdy diabeł opuścił swą jamę i z kociołkiem pod pachą powędrował w noc i dzień, przez lasy i miasta, mijając kościoły, szkoły i szpitale. Zawartość kociołka wciąż wesoło bulgotała a mieszanina była to szlachetna i bardzo bogata. Sam diabeł nie był jeszcze mistrzem kuchni, ale miał doskonałe wyczucie co do kompozycji potrawy i wiedział podświadomie jakie składniki sprawdzą się najlepiej. Był przekonany, że jego mikstura będzie jedną z najlepszych tegorocznych metod deprawacji. Z takim przeświadczeniem zdawał sobie sprawę, że nie musi chodzić od domu do domu, wystarczy, że zarazi nią kilku podatnych, a oni zrobią za niego resztę roboty. Nie pomylił się, bo pomimo faktu, iż wybrał nieduże centrum dystrybucyjne oraz mało popularny format propagandowy w dodatku w niewielkiej liczbie egzemplarzy, jego dzieło błyskawicznie rozeszło się po globie. Jak zaraza. Uśmiechnął się tylko, bo to przecież ludzkość mu w tym najbardziej pomogła, tworząc Internet. Klasnął w dłonie, podskoczył z radością, machnął ogonem i wrócił do swojej jamy by kombinować nad kolejnym specyfikiem. 

Diabeł to duński Majestic Mass, którego debiut - „Savage Empire of Death”, stanowi zawartość kociołka. Materiał ukazał się w sierpniu i bardzo szybko zyskał wierne grono oddanych wielbicieli, do których sam się zaliczam. Debiut Duńczyków ukazał się do tej pory jedynie na kasecie, za pośrednictwem Caligari Records, w limitowanej edycji 150 sztuk. Na szczęście pojawił się też w Internecie, dzięki czemu szerokie masy mogły doznać deprawacji. A jest to deprawacja bardzo skuteczna, bo jak już pisałem, Majestic Mass ma doskonałe wyczucie i zmysł kompozytorski. Panowie postawili na mieszankę totalną, bo w ich muzyce jest i heavy i black i doom i hard rock i czort wie co jeszcze. Dominują jednak dwa pierwsze style, inaczej – dominuje pierwszy, ale jest wyśmienicie doprawiony czernią. To tak jakby dawnych tuzów heavy metalu (nie lubię przywoływać nazw, ale Black Sabbath to tu aż się prosi) zabarwić pierwszą falą black metalu, kapką drugiej, dorzucić trochę elementów dzisiejszych black/thrashowych liderów oraz klawisze rodem z lat siedemdziesiątych, kociołek z tym wszystkim silnie wymieszać po czym zamknąć w piwnicy, by nabrał odpowiedniego tchnienia. I gotowe, choć oczywiście doszukać się tu możemy całej masy odniesień i inspiracji, bo nie oszukujmy się – żaden składnik nie jest tu odkrywczy. To całość i sposób podania tej mieszanki, kompozycja składników i ich proporcje, to jest największa siła tego materiału i w jakimś stopniu rzecz odkrywcza. Są tacy, którzy nazwą to po prostu nowym sposobem zagrania starych rzeczy. I też pewnie będzie w tym sporo racji, ale ta mieszanka jest tak wyśmienicie podana i przyrządzona, że w mojej opinii jest to raczej nowy sposób zagrania nowej rzeczy. Zmierzam do tego, że nie jest to kotlet odgrzewany, dla niepoznaki pokryty świeżą panierką, jeno kotlet przyrządzony od podstaw, z użyciem dobrze znanych składników. Receptura jest jednak nowatorska. Duńczykom udało się tu stworzyć takiego muzycznego diabła, jakiego wielu wymalowanym i zatwardziałym piwnicznym black metalowcom nie uda się jeszcze długo. Już klawisze w intro zjadają na śniadanie dziesiątki innych tego typu utworów otwierających czasami naprawdę wielkie albumy. A potem jest tylko lepiej. I co najlepsze – to jest serio wesoła muzyka, z przytupem i do tańca! A diabeł uśmiechając się siedzi i miesza w swoim kociołku. 

Mam ogromną nadzieję, że materiał ukaże się na CD, bo to jedna z najlepszych tegorocznych metalowych płyt. 

Ocena: 10/10


Majestic Mass - „Savage Empire of Death”. Caligari Records, 2018 rok. 


"Savage Empire of Death" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz