poniedziałek, 12 listopada 2018

Dejmos czyli trwoga.


Doświadczenie oraz historia uczy nas, że jest kilka rzeczy, które nigdy się nie zmienią. Piszę „nigdy”, choć przecież nigdy nic nie wiadomo, w każdym razie, w przypadku tych spraw jest ogromne prawdopodobieństwo, że pozostaną takimi, jakimi są. Na przykład wielka miłość Palestyńczyków do Izraela, czy natężenie kretynów w polskiej polityce. No i fakt, że kiedy szwedzka kapela bierze się za death metal, jest bardzo duża szansa, że tego nie spartoli. Nawet kiedy nie gra w typowy dla przedstawicieli tamtejszej sceny sposób. A jeśli ten zespół to Vanhelgd, szanse rosną bardzo mocno.




Pierwsze odczucia po odsłuchu „Deimos Sanktuarium” to potęga, moc, podniosłość. Dopiero potem pojawia się agresja, siła czy dynamika. Najnowszy krążek Szwedów to uosobienie potęgi death metalu, nie mającej jednak wiele wspólnego z muzyczną rzeźnią. Łatwo jest nakręcić „horror” ociekający krwią i wypluwający na ekran tysiące okaleczonych trupów, trudniej nakręcić horror atakujący podświadomość samym przekazem, bez uciekania się do prostych sztuczek i latających pił mechanicznych. Vanhelgd to reżyser z ekstraklasy, taki, który wie, że wielkie dzieła mogą nie być takowymi okrzyknięte w chwili premiery, że mogą potrzebować chwili, by zostały należycie docenione. Nie liczy na tani poklask, na szybki zysk, na chwilowe uznanie, na swoje pięć minut. Każdy album szwedzkiego kwartetu to death metalowy monument, wyciosany oszczędnie, ale po mistrzowsku. Żadnego efekciarstwa, żadnych flaków, wnętrzności czy tym podobnych głupot. Zamiast tego grecka mitologia, filozofia i wysmakowane okładki (poza debiutem). Szczytem była ta z poprzedniego albumu, ale i „Deimos Sanktuarium” nie ma się czego wstydzić. Kiedy to wszystko zbierzemy do kupy, jasnym staje się wniosek, że Vanhelgd nie jest pierwszym lepszym wyrobnikiem, tylko przedstawicielem elity gatunku, który stawia na głębię i zawartość, nie rezygnując wcale z porywającej muzyki. Jak już pisałem, Szwedzi nie porywają kosmicznymi prędkościami, ba – ich perkusista nie powinien się bardzo spocić grając nawet dwugodzinny koncert – oni ujmują słuchacza wszechogarniającą siłą i mocą riffów, skąpanych w potężnym brzmieniu, które gości także pozostałe instrumenty, nie wyłączając wokalu. Brzmienie perkusji na tym albumie to jest absolutne mistrzostwo a wokalne popisy kwalifikują się do wszystkich edycji „Mam talent”. „Deimos Sanktuarium” ma w sobie ogromną dawkę wyniosłości i dumy, takiego nieuchwytnego poczucia obcowania z czymś naprawdę wartościowym. Będąc w galerii przy jednych dziełach zatrzymamy się dłużej, przy innych nawet na sekundę i najczęściej sami nie do końca jesteśmy w stanie określić z jakiego powodu. To magia oddziaływania sztuki decyduje, to jej siła przyciąga nas lub odpycha. Mnie ostatni album Szwedów przyciąga jak cholera i stałbym w tej galerii godzinami. I pewnie będę, bo z muzyką o tyle łatwiej, że można ją chłonąć w domu. No i ten album wręcz wymusza spędzenie z nim wielu godzin, bo przecież jest dziełem, które odkrywa się kawałek po kawałku, dziełem, które zaskakuje w momentach niespodziewanych jak i w tych bardziej oczywistych. Te wszystkie klimatyczne złagodzenia ciężaru, te wplecione kunsztownie melodie gitar, teksty i praca poszczególnych instrumentów – pole do eksploracji jest ogromne. Prawie czterdzieści pięć minut death metalu na najwyższym poziomie, często nie będącego nawet death metalem, ale nawet w tych momentach nie niszczącego ogólnej atmosfery krążka. Co ciekawe, jest tu nawet utwór, który mógłby w jakimś stopniu zostać określony mianem death metalowej ballady - "Profaned is the Blood of the Covenant". Nie tak dawno pewien polski zespół wypuścił taką niby balladę, no ale cóż tu można rzec – do panów z Vanhelgd droga daleka. By nagrać klimatyczny, spokojniejszy utwór, nie trzeba stosować popowych zabiegów. No ale to nie ta liga, nie ta klasa, nie ten kunszt. 

„Deimos Sanktuarium” to w tej chwili, w mojej opinii, najlepszy death metalowy krążek roku. Tak, zdaję sobie sprawę, że jeszcze co najmniej dwie bardzo wyczekiwane premiery w tym gatunku, ale trudno im będzie. Vanhelgd stworzył dzieło wielkie. Kropka. 

I to zakończenie „The Silent Observer”! 

Ocena: 10/10

Vanhelgd - „Deimos Sanktuarium”. Dark Descent Records / Pulverised Records, 2018 rok.




"Deimos Sanktuarium" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz