środa, 10 października 2018

Trąba powietrzna.


„Świat jest w niewoli. Słabi są w niewoli u silnych, mądrzy w niewoli u zbrodniarzy, biedacy w niewoli u głupców a wszyscy – karły wśród karłów – jesteśmy w niewoli u Boga.” Tymi słowami, zaczerpniętymi z filmu „Diabeł” (reż. Andrzej Żuławski), rozpoczyna się debiutancki album Temple Desecration. Na szczęście sam zespół nie wydaje się być w niewoli, bo wreszcie wydał dłuższy materiał. A jeśli nawet jakakolwiek siła ich zniewala, to nie jest to Bóg. Musiałem się nad tym krążkiem pochylić, bo po pierwsze to kawał solidnego piekła, po drugie panowie są z mojego rodzinnego miasta, więc głupio byłoby przemilczeć ukazanie się „Whirlwinds of Fathomless Chaos”.




Jest jeszcze jeden powód. Mam wrażenie, że ten album przeszedł przez nasze podwórko bez echa, w sporej ciszy i bez odpowiedniego zauważenia. Odpowiedniego dla takiego materiału oczywiście, bo wszyscy wiemy ile miernoty zalewa scenę. Miernoty, na którą nie warto nawet spojrzeć. Tymczasem Temple Desecration na pewno do takiego grona się nie zalicza. I nie piszę tego dlatego, że panowie są z Tychów. Nikt mi nie zapłacił, robię to bo tak po prostu uważam. Już sam fakt nagrywania dla Iron Bonehead o czymś świadczy. Pewnie, nie jest to żelazny gwarant jakości, ale ta wytwórnia byle wydmuszek nie wydaje. „Whirlwinds of Fathomless Chaos” takową na pewno nie jest. Ten album to faktycznie „trąba powietrzna niezgłębionego chaosu”, w pełni dorasta do swego imienia. Trzydzieści siedem minut muzycznego wiru w którym kipi agresja, złość, gniew i przemoc. Każdy cyklon ma jednak swoje oko, w którym jest najspokojniej i tę rolę pełni czwarty (album składa się z pięciu numerów) „Covenant”. Najdłuższy utwór, potężny walec, ciężarem gitar i wokali pozbawiający bardzo skutecznie powietrza. Przed nim i po nim jest szybko, dziko i właśnie chaotycznie. Ale ten chaos nie jest na wolności, on jest zniewolony, jak te karły i mędrcy, co w niewoli Boga siedzą. Temple Desecration panuje nad nim, dając mu tyle wolności byśmy byli w stanie tej płyty wysłuchać. Bo ona poza tym, że jest dzika i chaotyczna, jest też brzydka. Pięknie brzydka jak tylko metalowa płyta być potrafi. Metalowa, nie plastikowa. Metalowa, z tego metalu który nadal jest metalem. Brzydka, odpychająca i kompletnie nie przebojowa. Czyli po prostu zajebista. Trochę czasu musiałem jej poświęcić, by ta jej brzydota przekonała mnie do siebie, bo nie usłyszycie tu chwytliwych patatajek, nie znajdziecie nastrojowego klimatu, nie będą Waszych uszu pieściły dopracowane solówki ani aranżacje rodem z opery. Nie. Spotkacie tu ryk, gęste gitary niszczące nawałnicą dźwięku i bezlitosną perkusję rozbijającą narządy jak mięso na schabowe. Czyli wszystko to, czego oczekujemy po konkretnym, death/black metalowym ciosie. Temple Desecration już na poprzednich dwóch materiałach udowodnili, że wiedzą o co chodzi w ekstremalnym graniu. Teraz już niczego nikomu udowadniać nie muszą, po prostu robią swoje, z żelazną konsekwencją, bo wielkich, czy nawet dużych zmian stylistycznych nie zaobserwowałem. To po prostu kolejny krok na ścieżce dźwiękowego zniszczenia. Fajnie, że trzymają się wstawek filmowych, bo one, odpowiednio dobrane, budują atmosferę i dodają płycie dramaturgii. Podsumowując – niewiele się zmieniło, nadal jest bardzo dobrze. I oby tak dalej, mam nadzieję, że chłopaki nie zejdą z obranej drogi. Kibicuję im mocno. 

Ocena: 9/10

Temple Desecration - „Whirlwinds of Fathomless Chaos”. Iron Bonehead Productions, 2018. 





"Whirlwinds of Fathomless Chaos" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz