środa, 24 października 2018

Słoweńskie sentymenty.


Muzyka zdążyła mnie już zagonić do wielu ciekawych miejsc. Jednym z nich była Słowenia, którą odwiedziłem prawie dziewięć lat temu. Wybraliśmy się z kolegami na koncert Dream Theater, który odbywał się w stolicy tego niewielkiego kraju, Lublanie. Zakochałem się w tym mieście natychmiastowo, oczarowało mnie, momentami czułem się jak w bajce. Bardzo, ale to bardzo chciałbym tam jeszcze kiedyś pojechać, zobaczyć stare miasto, zielone smoki i zamek na wzgórzu. Dziś wracam do Słowenii za sprawą zespołu, który co prawda pochodzi z północnej części kraju, ale dla mnie jest jak zapalnik, który przywołuje wspomnienia. 




Wspomnienia wspomnieniami, od tej pory jednak nie będę już Słowenii kojarzył z tragicznym ostatnio Dream Theater a z bardzo dobrym black metalem w wykonaniu Dalkhu. Nie znałem ich wcześniej, a płyta której właśnie słucham to już ich trzeci longplej. Po raz kolejny muszę podziękować nieocenionemu Gregowi z Godz Ov War za poszerzenie horyzontów. Przed spłodzeniem tych kilku słów postanowiłem poznać wcześniejszą twórczość Słoweńców i z pewną ulga stwierdzam, że dużo nie straciłem. Co jednak ważne, zespół rozwija się i z płyty na płytę jest lepszy. O ile debiut to ni mniej ni więcej jak raczkowanie bobasa, to już dwójka jest całkiem sprawnym spacerowaniem po dywanie. Dopiero jednak tegoroczny „Lamentation and Ardent Fire” pokazał, że Dalkhu potrafi nie tylko chodzić ale i biegać. Edukacja i rozwój w przypadku Słoweńców przebiega bardzo prawidłowo. Mają na to czas, biorąc pod uwagę częstotliwość wydawania albumów. Nie ilość a jakość, pamiętajmy. „Lamentation...” to siedem utworów dających trochę ponad czterdzieści minut muzyki. Dalkhu nie gra już piwnicznie, nie stara się odtworzyć klasyków gatunku, wprowadza do swojego black metalu sporo powiewu świeżości i wpływów z zewnątrz. Oferuje nam black soczysty, powiedziałbym wypełniony treścią po brzegi, czasami może nawet za bardzo, ale to bogactwo muzyczne jest w swej formie bardzo przyjemne dla ucha. Mnogość aranżacji, bardzo bogata melodyka, bo ten album właśnie melodią stoi. Może się to wydawać dziwne, bo przecież to black metal, ale jeśli zrobione jest to z głową, nie powinno nikogo razić. Słoweńcy swoje melodie tak umiejętnie wplatają w ogólny koncept, że dostajemy atrakcyjny, podniosły album a nie jakieś romantyczne pitolenie o potędze piekła. Tego ostatniego nie ma tu zresztą za wiele, bo teksty są raczej osobiste i filozoficzne, egzystencjalne wręcz. Sama muzyka też piekłem nie wieje, za to bardzo dobrze współgra z tematyką liryczną płyty. Panowie nie zapominają oczywiście o agresji i szybkości, których tu nie brakuje. Dobrą robotę robi wokalista, który potrafi nie tylko pokrzyczeć (w czym jest przekonujący ale też nie tak wcale czysto blackowy) ale też wydać z siebie barwy czystsze. Brzmienie „Lamentation...” jest pełne, gęste, choć klarowne i bardzo dynamiczne. Tu jednak pojawia się największe moje zastrzeżenie do trzeciego albumu Dalkhu. Teoretycznie panowie mają perkusistę i nagrał on żywe gary, które jednak bardzo często brzmią jak automat. Szkoda, cholera, bo to jest rzecz, która wkurza najbardziej i do której nigdy nikt nie powinien dopuścić. Nic to wielce straszliwego biorąc pod uwagę ile ten album oferuje dźwięków, no ale niesmak pozostaje. Nigdy więcej, panowie, takiej perkusji. Wiele więcej tak dobrych płyt. Dalkhu z dumą może reprezentować słoweński black metal na europejskiej scenie i fajnie, że polska wytwórnia się do tego przyczyniła. Dodam jeszcze tylko, że płyta bardzo ładnie wydania, choć szkoda, że w digi a nie jewelu. Cóż, nie można mieć wszystkiego ;)

Ocena: 8/10

Dalkhu - „Lamentation and Ardent Fire”. Godz Ov War Productions, 2018 rok, numer katalogowy GOWP MDXCIX.






"Lamentation and Ardent Fire" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz