środa, 31 października 2018

"Śniadanie jest najważniejsze!" - rozmowa z Krzysztofem Słyżem.


Krzysztof Słyż. Wydawca, fan, księgowy, mąż i ojciec. Człowiek, który w metalowym światku rozsławił Klepacze oraz wypromował kilka bardzo ciekawych zespołów. Przeciętnemu Kowalskiemu znany jako właściciel Arachnophobia Records. Nie bojący się polemiki, podstarzałych fanów Sodom i sprowadzenia do domu kotów, gdy ma się już psy. Krzysiek odpowiedział na kilka tendencyjnych i nudnych pytań, czego zapis możecie przeczytać poniżej. Zapraszam.



Wydawca w pracy
PP: Dzień dobry Krzyśku! Rozmawiamy krótko po premierze nowego albumu Entropii, który wg wielu dziełem jest wielkim i wybitnym. Sam określiłem go mianem albumu roku, no ale bardzo przychylnych recenzji jest cała masa. Czy spodziewałeś się tak pozytywnego odbioru i czy te wszystkie zachwyty w jakikolwiek sposób wpływają na sprzedaż albumu?

KS: Hails! Ten zespół robi przeraźliwy progres z płyty na płytę i spodziewałem się tego, że następca „Ufonaut” będzie na bardzo wysokim poziomie. Część nowych utworów słyszałem już na koncertach z Oranssi Pazuzu i Cobalt, więc wiedziałem w jakim mniej więcej kierunku to wszystko pójdzie. Raczej jestem człowiekiem twardo stąpającym po ziemi i jak słyszę efekt, to w przybliżeniu potrafię określić jaki będzie odbiór. Wiadomo, czasem można przeszacować w jednym lub drugim kierunku, ale spodziewałem się tego, że jak nowa Entropia wyjdzie do ludzi, to „internety się zesrają”. Wiadomo, że im większe są zachwyty, im głośniej o płycie, to tym większa sprzedaż. Chyba, że ktoś wychodzi z założenia, że jak o płycie jest głośno, to na pewno gówno i nie ma co nawet słuchać bo 0/10. Trudno, co robić.

Powszechnie wiadomo, że niedługo zamykasz podwoje Wszechpotężnej. Pozostało jeszcze tylko jedno wydawnictwo, tak? Czy możesz przybliżyć czytelnikom powody decyzji o zamknięciu wytwórni?

To nie jest tak, że był to jeden czynnik. Fakt, główny to był ten finansowy, bo się przytkałem, ale też straciłem już do tego wszystkiego serce. Wiesz, w pewnym momencie doszedłem do punktu, w którym niezobowiązujące hobby stało się poważnym zajęciem, któremu musisz poświęcać coraz więcej czasu, w sumie staje się obowiązkiem i nie daje już takiej satysfakcji. Może jakbym widział jakiś progres, rozwój, to miałbym kopa do dalszego działania. Z mojego punktu widzenia - człowieka, który wytwórnią zajmował się wieczorami, z doskoku, wyglądało to tak, że od dłuższego czasu dreptałem w miejscu i żeby wskoczyć na wyższy level, to musiałbym przejść na zawodowstwo czyli zrezygnować w życiu z czegoś, by poświęcić się wytwórni, a to zupełnie wykluczone.

Czy z perspektywy czasu zrobiłbyś coś inaczej? Może gdzieś popełniłeś jakieś błędy? Oraz – gdybyś się ich ustrzegł, czy sądzisz, że prowadząc taka wytwórnię można się z tego utrzymać? (zaznaczam – będąc uczciwym wydawcą)

Ależ dokładnie wiem jakie popełniłem błędy. To wszystko co się stało z labelem było wynikiem podjętych przeze mnie świadomie i na trzeźwo decyzji, żadnych sił zła w to nie mieszam. Oczywiście jest możliwe utrzymanie się z tego, co paru moich kolegów uskutecznia. Warunkiem tego jest robienie dużego obrotu na sklepie internetowym czyli sprowadzanie do niego w dużych ilościach wszelkich mocno chodliwych nowości. Da się, ale łatwe na pewno nie jest. Zwróć uwagę, że płyty są dzisiaj bardzo tanie. Dwie dekady temu nowości z polskich wytwórni kosztowały tyle samo co teraz. Dodatkowo teraz masz masę przeróżnych promocji i czasem płytę zagranicznego zespołu z zagranicznej wytwórni możesz ustrzelić w rok po premierze za dwadzieścia złotych. Jako wydawca nie nazwę tego błędem, a jako księgowy tak, ale na pewno też postawienie mocno na jakość wydania również nie pomogło. Dla klienta tę samą cenę maja płyty nagrane z garażowym i wypaśnym brzmieniem jak i wydane na papierze toaletowym z czarno – białym drukiem oraz na droższym papierze, metalicznym drukiem, lakierem UV i drogą folią. Jak tak liczę okiem księgowego, to kilkukrotnie większą przebitkę na sztuce mają te true podziemne i odżegnujące się od pieniądza labele niż taka komercyjna świnia jak ja. Niemniej wątpię, by ktoś chciałby płacić za jakąś płytę dwa razy tyle co za inną, bo wydawca miał dwa razy większe koszty. Fajnie by było żeby ta „zmowa cenowa” się skończyła i ceny nowych płyt z polskich wytworni skoczyły do poziomu około czterdziestu złotych. 

Jak Twoim zdaniem wygląda nasz rynek wydawniczy na tle reszty kontynentu czy może nawet Świata? Czy nasze labele są w stanie konkurować z zachodnimi? Przykład Godz Ov War czy Agonii pokazuje, że można wydawać kapele z całego Świata…

Można, oczywiście. Agonia wydaje coraz większe nazwy z całego świata i bez żadnych kompleksów konkuruje z podobnymi wielkością wytwórniami spoza naszych granic. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach nie ma znaczenia skąd jest zespół, a skąd wytwórnia. Oczywiście dla Dimmu Borgir żaden polski label nie zapewni tyle budżetu, co niemiecki moloch, ale przy współpracy mniejszych zespołów z mniejszymi wytwórniami to jedna chwała kto skąd pochodzi. Fakt, jest trochę tych polskich wytwórni, wydają też masę rzeczy i to masę wartościowych rzeczy. Ale jakby ludzie dowiedzieli się w jak śmiesznych ilościach sprzedają się te często max hajpowane płyty, to śmiechu by było co niemiara. Niemniej cieszy mnie to, że większość labeli w Polsce prowadzona jest teraz przez mega fajnych, oddanych, szczerych i profesjonalnych ludzi.

Z którego swojego wydawnictwa jesteś najbardziej dumny a które było największym hitem sprzedaży?

Jestem dumny prawie z każdej z wydawanych przez siebie płyt. Mam takie psychiczne zboczenie, że jak coś było mocno finansowo do tyłu, to później mam opory przed słuchaniem nawet jak muzyka bardzo mi się podoba, bo widzę wtedy przed oczami stracone na tym wydawnictwie pieniądze. Fakt, parę płyt Arachnophobii było niepotrzebnych, ale nawet te niepotrzebne zebrały dobre opinie, tylko ludzie nie chcieli ich kupować. A co do największych hitów sprzedaży, to są to zespoły, o których było najgłośniej czyli Odraza, Entropia, In Twilight’s Embrace, Thy Worshiper, Eerie czy Mentor. 

Wiem, że wydawałeś tylko zespoły, których członkowie są Twoimi znajomymi, ale czy to nie wpływało trochę na Twój osąd ich muzyki? Czy gdyby nie ta sympatia też wydałbyś wszystkie pozycje, które wydałeś?

Tak jak wcześniej wspomniałem parę płyt wyszło niepotrzebnie. Ale to akurat wcale nie dlatego, że koledzy, ale dlatego, że spodziewałem się lepszego przyjęcia na tzw. rynku muzycznym. Ale to są sytuacje, których nigdy nie przewidzisz. Strategia wydawania kolegów jest bardzo fajna w sytuacji, w której prowadzisz taką działalność hobbystycznie. W innym przypadku mogłaby nie zdać egzaminu. Praca z ludźmi, których się zna i lubi jest znacznie bardziej przyjemna od pracy z tzw. randomami, po których nie wiesz czego się spodziewać. Wszystko też zależy jak zdolnych masz kolegów. Jakbym miał kolegów z zespołów takich jak Grimlord, to strategia rzeczywiście byłaby bez sensu. Scena metalowa to taka społeczność, gdzie wszyscy wszystkich znają, więc nie ma niczego dziwnego w wydawaniu kolegów. Ponadto weź pod uwagę to, że większość rzeczy jednak wydawałem w ciemno, w tym też debiuty Sigihl, Eerie czy Mentor. Pewnie obcym ludziom bym nie zaufał do tego stopnia, a te płyty to były świetne strzały.

Prowadzenie wytwórni to na pewno czasochłonne zajęcie. Co na to rodzina? Czy to też nie był jeden z powodów zamknięcia Arachnophobii?

Dzieci raczej nie rozumieją do końca o co kaman, zawsze w domu było dużo płyt i pewnie dla nich to norma. Zresztą synowie ostatnio byli ze mną na targach wydawców i bardzo im się podobało sprzedawanie płyt dla ludności. Żona zawsze mnie wspierała w tym co robię i była oraz jest nieocenioną pomocą. Niemniej oboje mamy dość tych pudeł wszędzie, że gdzie nie zajrzysz, tam płyt napchane. Jak masz duży dom, a brakuje miejsca w garażu na zimowe opony, to wiedz że jest za duży stan magazynowy.

Jak zapatrujesz się na instytucję recenzji w czasach, gdy każdy ma dostęp do muzyki na jedno kliknięcie i sam może sobie wyrobić opinię o danym wydawnictwie?

Fakt, że to już nie te czasy, w których jedna negatywna recenzja łamała karierę, a pozytywna sprzedawała cały nakład wydawnictwa. Każdy może sobie kliknąć i odpalić, niemniej w nadpodaży wszelkiego rodzaju płyt i linków trudno wymagać, by klikało się we wszystko co się widzi. Recenzje są olbrzymią pomocą w dotarciu do ludzi, którzy klikną. Te publikowane w internecie zawierają przecież link do muzyki oraz do strony wytwórni, gdzie płytę można kupić, tak więc ich rola w promocji jest szalenie ważna. 

Będąc najsłynniejszym księgowym wśród wydawców oraz najbardziej doświadczonym wydawcą wśród księgowych, jakich rad udzieliłbyś komuś, kto chce wystartować ze swoim labelem?

Nie mam pojęcia, co bym poradził. Wydawanie płyt to nie jest jakieś skomplikowane zajęcie, skoro nawet ja sobie z tym przez pięć lat radziłem. Nie ma się czego bać. 

Poza byciem wydawcą jesteś też fanem, słuchaczem i kolekcjonerem płyt. Które tegoroczne albumy poruszyły Cię najbardziej?

Akurat jestem bardzo opóźniony jeśli chodzi o nowości i pewnie tegoroczne poznam za dwa – trzy lata. Ostatnio w kółko wałkuję nowe materiały Cultes Des Ghoules, Kriegsmaschine i „Lawę” bdb kolegów.

Jakieś plany na wydawniczą emeryturę? Może jakaś inna aktywność na scenie, poza oczywiście koncertami i powiększaniem płytowej kolekcji?

Plan jest taki, by wcześniej chodzić spać i zapewniam, że będę to realizował z pełnym przekonaniem.  

Dziękuję za poświęcony czas, ostatnie słowa należą do Ciebie.

Dzięki Bartek za rozmowę i pamiętajcie, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia.



Pytający i odpowiadający


Arachnophobia Records:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz