piątek, 19 października 2018

Po latach.


„All good things come to those who wait” (dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy czekają) – to popularne za oceanem powiedzenie, mające swoje korzenie w reklamie, dobrze oddaje sytuację związaną z obiektem dzisiejszej recenzji. I choć ja sam jestem bardzo niecierpliwym człowiekiem, chciałbym wszystko tu i teraz, najlepiej w całości, kolejki doprowadzają mnie do szału a wszelkiego rodzaju opóźnienia czy spóźnienia, wyprowadzają z równowagi, to muszę przyznać, że na ten materiał warto było czekać tak długo. Niektórzy pewnie stracili już nadzieję, że on kiedykolwiek ujrzy światło dnia i na zawsze pozostanie tylko tajemniczą legendą, o której się mówi ale niewielu słyszało jej esencję. Stało się jednak inaczej. 





Dla mnie było to czekanie podwójne, choć tego pierwszego już nie pamiętam i przeleciało w nieświadomości. Otóż, Havocum to projekt, o którego istnieniu wiem od lat a to ze względu na znajomość z Radkiem, który jest odpowiedzialny za to bluźnierstwo (za kilka innych też). Materiał o którym dziś mowa ma już swoje lata, bo powstał w okresie 2000-2012, po czym został zarejestrowany jednak wtedy nie doczekał się wydania. Czekałem, czekałem, aż wreszcie zapomniałem, że kiedykolwiek coś takiego zbrukało ziemię. Ale, jak wiadomo, czekający będą nagrodzeni i pod koniec ubiegłego roku dostałem info, że „Satans Apogeum” doczeka się wreszcie fizycznej formy. I tu zaczyna się drugie czekanie, bo materiał wyszedł w marcu, ja dostałem go kilkanaście dni temu. No ale jest, cieszę się bardzo, bo to kawałek solidnego black metalu. Co najważniejsze, materiał nie zestarzał się i nie trąci myszką, co, biorąc pod uwagę czas jego powstania, mogło się wydarzyć. Słuchając go dzisiaj, w erze gdy black metal usilnie poszukuje nowych form wyrazu, nie odczuwam najmniejszego dyskomfortu, bo Havocum hołduje dobrej, starej szkole tego gatunku a ona jest ponadczasowa. „Satans Apogeum” to ledwie cztery utwory, dające prawie osiemnaście minut muzyki. Nie dużo, ale wystarczająco by pokazać potencjał zespołu. Już od pierwszej sekundy otwierającego materiał „Nihil” następuje bezkompromisowy atak, szybko mówiący nam, że nie – tu nie będzie pitu pitu i klimaciku rodem z gotyckiego horroru. Tu proszę państwa, będzie i jest piekło, bluźnierstwo, agresja i zło. Havocum nie poszukuje nowych środków by to wszystko wyrazić, korzysta z tych doskonale znanych i kochanych. Pomimo tego, że muzyka na „Satans Apogeum” jest bardzo mocno osadzona w klasycznym bezkompromisowym black metalu, zespół potrafi dać dużo od siebie i nie jest to na pewno bezmyślna sieczka. Sporo tu ciekawych aranżacji, dobrą robotę robi wokal a wplecenie tu i ówdzie fajnych gitarowych melodii dodaje smaku. Jedyna rzecz, która troszkę negatywnie wpływa na odbiór to zaprogramowana perkusja, co szczególnie słychać w kontekście blach. Szczerze jednak mówiąc słyszałem dużo gorsze automaty i ten jest jak najbardziej do zdzierżenia. Materiał szybko się kończy, ale jest na tyle dobry, że od razu przychodzi ochota na przesłuchanie go ponownie. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że panowie pracują nad kolejnym wydawnictwem, które ma się ukazać pod koniec tego, lub na początku przyszłego roku. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie kilkuletniego poślizgu, bo biorąc pod uwagę potencjał zespołu, może to być bardzo dobry kąsek black metalu. Zacieram rączki i z czystym sumieniem polecam czekać. 

„Satans Apogeum” został wydany na CD (500 sztuk) i kasecie (100 sztuk), za co dziękować powinniśmy Lower Silesian Stronghold i Total War. Takie inicjatywy należy doceniać, dzięki nim naprawdę dobre granie nie przepada w pomroce dziejów. Brawa. 

Ocena: 8/10 (tylko poglądowo, bo przecież nie jest to materiał z tego roku). 


Havocum - „Satans Apogeum”. Lower Silesian Stronghold / Total War, 2018 rok, numer katalogowy LSS064 / T.W. 41.







"Satans Apogeum" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz