piątek, 5 października 2018

Piosenka diabła.


Zdaję sobie sprawę, że kurz bitewny związany z tym albumem już dawno opadł, jednak dla mnie wciąż się unosi. Wkroczyłem na to pole bitwy dość późno, kiedy już większość amunicji została zużyta, gdy linie obronne przeciwnika dogorywały pokrwawione w okopach i ruinach kamienic. Gdy szalała największa bitwa, nie byłem jej do końca świadom, mą głowę zaprzątały ważniejsze sprawy, teraz jednak wiem, że nie ma w tym roku wielu ważniejszych spraw od Zwycięstwa. Kiedy siedzisz w okopie, czy to życia, czy wojny, liczysz na wygraną. Trzymasz się tej myśli za każdy skrawek munduru, jakby ona jedna mogła cię ocalić. I dzięki determinacji oraz zwykłemu szczęściu, masz szansę wyjść z okopu pokrwawiony, ale zwycięski.



Każda wojna składa się z wielu bitew. Niektóre można przegrać, inne wygrać, ważne, by bilans był na plus. Ta wojna składa się z dziewięciu bitew, z których każda jest tak samo ważna. I na szczęście dla nas, każda wygrana, czego nie można powiedzieć o ich bohaterach. Pomimo optymistycznego tytułu, jakim bez wątpienia jest „Victoria”, Marduk prowadzi nas w większości przez przegrane pola bitew. Oczywiście przegrane z punktu widzenia niemieckiej (i ich sojuszników) armii. Zaczynamy jako członek Werwolfu, partyzanckiej organizacji walczącej dla Trzeciej Rzeszy na terenach przez Niemców straconych. Ostatnia kula, ostatni pocisk, ostatnia bitwa. Werwolf naszą nadzieją. Rzesza upada, dzieci idą do walki (stąd w utworze wykorzystanie ich głosów), pancerfaust na ramię, granat w dłoni. Ale przecież i tak nie wygramy. Chwilę później, po przetoczeniu się pierwszej nawałnicy, trafiamy do czerwca 1944 roku. I znowu musimy bronić tego, co już przegrane. Ale wciąż jest nadzieja, przecież to tylko desant na plaże. Do domów daleko, a nie poddamy się tak łatwo. Walc w płomieniach, plaże we krwi. Taniec na piasku i wrzask Panter. Nadchodzą. Czy to już koniec? Nie. Dywizja Kawalerii SS, Florian Geyer, wciąż walczy. Choć już niedługo, bo Budapeszt stanie się ich grobem. Partyzanci uciekają, konie w szale. Znajdziemy was wszędzie, nie będzie litości. Biją bębny, grają trąbki, bagnety na broń. Tylko kilkuset się uratuje, resztę zapomni czas. Przebijamy się przez okrążenie węgierskiej stolicy, tylko po to by trafić na rosyjskie stepy, normandzkie równiny czy piaski Tunezji. Wszędzie tam, gdzie stalowe potwory siały strach. Tygrysy, potężne, niezwyciężone, nie do zatrzymania. Pancerna pięść, do piekła i z powrotem. Strażnicy Rzeszy, jak golemy, niestrudzenie prące naprzód. Zimni łowcy, w stalowej skórze. Nie pomogą już one jednak temu straconemu miastu. Bronionemu ostatkiem sił. Bramie Estonii. To Narwa, 1944. Tu się ginie szybko, lub umiera długo. Bo pomoc nie nadchodzi i nie nadejdzie. Norweskie wnętrzności obok duńskich zwłok. Rosyjskie prochy pokryły flamandzkie pozycje. Niemieccy ranni wśród estońskich trupów. Narwa w płomieniach. Idzie na dno. Czekając na ogień, delikatnie zapraszamy śmierć. Tylko jedno pragnienie, jedno kredo i wyznanie wiary. Ponad błotem. Przeklęta nasza korona i tego, który padnie ostatni. Wyszkoleni, starzy dość, by umrzeć, młodzi na tyle, by nie bać się śmierci. Dyscyplina i oddanie. Ku słońcu i śmierci, ku zwycięstwu, we krwi. Nucąc piosenkę diabła, tuż przed śmiercią, nim ostatni pocisk, nim ostatni oddech. Padamy razem, czasami samotnie. W tę cichą noc.

Dziewięć bitew, dla nas, fanów, wszystkie wygrane. Dla ich bohaterów, wszystkie przegrane. A jednak „Victoria”. Może to oczywiście zastanawiać, jednak kiedy głębiej wczytamy się w tekst tytułowego utworu, inaczej spojrzymy na całość tego albumu, możemy się doszukać motywów takiego a nie innego zatytułowania tego krążka. To już jednak pozostawiam Wam, bo podejrzewam, że moja interpretacja nie jest jedyna. Muzycznie to bez wątpienia zwycięstwo, szczególnie dla mnie. Kiedyś już pisałem, przy okazji „Iron Dawn”, że nigdy nie byłem wielkim fanem Marduk. I tak jest nadal. Poprzedni album „Frontschwein” nie zachwycił, nie porwał, szybko poszedł na bok. Tym bardziej nie miałem wielkich oczekiwań wobec tego. I pierwsze dwa przesłuchania tylko potwierdziły moje obawy – znowu nic wielkiego. Dałem jednak tej płycie następna szansę i zakochałem się. To jest tak niesamowicie potężna dawka mocy, agresji i i energii, że mogę ją porównać do wspomnianego wcześniej „Iron Dawn”, który właśnie tym mnie urzekł. Do tego dokładamy potężne brzmienie, Mortuusa w wybornej wokalnej formie, bardzo dobre teksty, sporo chwytliwych riffów i ciętych, oszczędnych melodii i otrzymujemy jeden z najlepszych black metalowych albumów tego roku. Skondensowana dawka sonicznego ostrzału, niesamowita porcja złości, gniewu i bitewnego zgiełku. Utwory takie jak „Narva”, „The Devil’s Song” czy „The Last Fallen” to prawdziwe arcydzieła głębokiego, podniosłego, coś z sobą niosącego black metalu. Wspaniały album, naprawdę bardzo niewiele ustępujący „Hekatomb” (o którym też niedługo więcej).

Ku zwycięstwu!

Ocena: 10/10

„Death, our comrade in arms
We are the hounds of war – the swine of the front
We drink together, seldom alone
Just keep whistling the Devil’s song!”


Marduk – „Victoria”. Century Media Records, 2018 rok.




"Victoria" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz