poniedziałek, 22 października 2018

Księżyc znowu w pełni.


Nie wiem jak dobrze pamiętacie lata dziewięćdziesiąte w polskim black metalu. Ja kojarzę je całkiem nieźle, z kilku powodów. To wtedy zaczynałem przygodę z tą muzyką, to wtedy działo się najwięcej i ukazywały się ikoniczne dla sceny wydawnictwa. To w latach dziewięćdziesiątych doszło do głośnego konfliktu południa z północą, gdzie po jednej stronie barykady stał Nergal, po drugiej Darken. A za nimi wielu innych. Na południu scena była bardzo aktywna, szczególnie ta skupiona na Śląsku, od Opola przez Świdnicę po Wrocław. Veles, Fullmoon, Infernum, Graveland, wcześniej niezapomniany Xantotol (choć to oczywiście nie Śląsk), czyli w skrócie rzecz ujmując The Temple of Fullmoon. Dziś, za sprawą enigmatycznego projektu Najwyższy, tamte czasy powróciły.




Powróciły muzycznie, bo dziś scena nie jest podzielona, Darken przybija piątki z Nergalem a większość zespołów z tamtych czasów już nie jest aktywna. Niektórzy do dziś uważają TTF za jedyną słuszną inkarnację black metalowego terroru, inni uśmiechają się tylko z politowaniem bądź odwracają wzrok z zażenowaniem widząc choćby kawałek logo Graveland. Czego by nie mówić, tamte czasy charakteryzowały się swoim muzycznym stylem, który jest rozpoznawalny do dzisiaj. Najwyższy zabiera nas w podróż do tamtych wydawnictw, robi to, jak mniemam, z pełną premedytacją. Gdy zetknąłem się z tą nazwą pierwszy raz w swej nieskończonej mądrości pomyślałem, że to jakiś polski twór, no bo w końcu nazwa taka swojska. Okazało się, że moja mądrość aż taka nieskończona nie jest, bo Metal Archives podaje jako kraj pochodzenia Stany Zjednoczone (teksty są po angielsku i słychać, że śpiewa je ktoś znający język). To w zasadzie jedyna informacja na temat zespołu, nie wiem nawet czy założyli go ludzie o polskich korzeniach i stąd nazwa, czy po prostu wynika ona z uwielbienia dla naszego grania. Ta druga teoria nie musi być wcale taka błędna, bo Najwyższy jest po prostu hołdem oddanym materiałom takim jak „United Aryan Evil”, „Thousand Swords” czy „...Taur-Nu-Fuin...”. Nie możemy tu jednak mówić o chamskiej zrzynce, jest to po prostu bardzo silna inspiracja oraz chęć oddania ducha i klimatu tamtych płyt. Tak ja to odbieram, bo brzmi to uczciwie i szczerze, nie czuję tu grania na siłę tylko po to, by w kilku starych prykach obudzić sentymenty. „An Orchestration in Shadows”, bo tak nazywa się pierwsze demo Najwyższego, trwa dwadzieścia dwie minuty i składa się z trzech utworów. Wszystkie trzy bez pudła oddają klimat i styl w jakim grało się na Dolnym Śląsku w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Na szczególną uwagę zasługuje kawałek numer dwa, „Burning Blood”, gdzie we wspaniały sposób użyto klawiszy, oczywiście także budząc masę skojarzeń. Ale tym, co najbardziej przywodzi na myśl stare materiały jest bez wątpienia wokal. Jak żywcem wyjęty z Infernum, Fullmoon czy jakiegokolwiek wrocławskiego garażu z tamtych lat. Są dwie rzeczy, które odróżniają Najwyższego od zespołów zrzeszonych w TTF. Primo – brzmienie, które jednak jest o wiele lepsze ale to akurat cieszy, bo niektórych produkcji z przeszłości ciężko wysłuchać w całości. Tu wszystko jest zrealizowane bardzo dobrze, ale nie do przesady – jest selektywnie, jest wyraźnie ale nie jest plastikowo i cukierkowo. Secundo – warsztat muzyków. Słychać, że ci panowie potrafią trzymać instrumenty, co nie zawsze można było powiedzieć o muzykach z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Podsumowując – jest to świetna sentymentalna podróż, mająca jednak więcej walorów, jak choćby po prostu dobrą muzykę. Zdecydowanie czołówka tegorocznych demówek. 

„An Orchestration in Shadows” ukazała się na kasecie, w limicie 150 sztuk. Trochę to mało, zdobycie proste nie będzie, dlatego zwracam się z apelem do sensownych wydawców oraz samego zespołu – wypuśćcie to na CD, powiedzmy z 500 sztuk. Chętni znajdą się bez problemu. 

Ocena: 9/10

Najwyższy - „An Orchestration in Shadows”. Spectral Moon Records, 2018 rok, numer katalogowy SM-04.


"An Orchestration..." na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz