piątek, 12 października 2018

Jedenaście minut węża.


Musmahhu. Był to stwór powstały z połączenia węża, lwa i ptaka. W sumeryjskim jego imię zapisywano jako MUS.MAH, co znaczyło „dostojny wąż”. Czasami utożsamiano go z siedmiogłowym wężem, zabitym przez Ninurtę, boga rolnictwa i polowań. Jest jednym z trzech rogatych węży, a jego bracia to Basmu i Usumgallu. Enuma Elis, babiloński mit o stworzeniu mówi zaś, że zrodziła ich Tiamat, bogini – matka, zabita później przez Marduka. I tak od wierzeń starożytnej Mezopotamii dotarliśmy do Szwecji, bo pojawił się i Tiamat i Marduk, no a bohater dzisiejszej recenzji też stamtąd pochodzi. Muzycznie jednak nie ma wiele wspólnego ani z Marduk a tym bardziej z Tiamat. Musmahhu to zupełnie inne przestrzenie metalu, takie, w których ten mityczny wąż czułby się jak w domu. 





Bo to bardzo ciemne zakamarki muzyki. A taki Musmahhu nie kojarzy się raczej z pięknym słoneczkiem i błękitnym niebem, śpiewem ptaszków i pokojem na całym globie. Nie kojarzy się z nim też człowiek, który powołał do życia tę muzyczną bestię. Jest to jednoosobowy projekt faceta, którego aktywność na scenie ekstremalnej jest bardzo duża. Udzielał się bądź udziela w kilkunastu muzycznych przedsięwzięciach (z tych bardziej znanych – Beketh Nexehmu, ordynarny black metal na wysokim poziomie) a do tego prowadzi wytwórnię. Musmahhu to jednak trochę inna bajka w jego dokonaniach, bo wkroczył na obszary death metalu, będąc wcześniej wygodnie zagnieżdżonym w black metalowych przestrzeniach. Wkroczył i od razu rozsiadł się jak panisko, bo jedenaście minut debiutanckiego EP, zatytułowanego „Formulas of Rotten Death”, czesze mózg lepiej niż niejeden pełny album starych wyjadaczy czy też młodych pretendentów do tronu podziemia. Od dawna już powtarzam, że nie trzeba nagrywać czterdziestominutowego albumu by konkretnie pozamiatać słuchaczy. Jedenaście minut to nie dużo, ale akurat te konkretne minuty są tak do granic wyładowane ciężarem, mocą, agresją i skomasowanym bombardowaniem, że wcale nie potrzeba tu ani minuty więcej. Oczywiście szkoda, bo to tak dobry materiał, że człowiek chciałby jeszcze, ale jak powszechnie wiadomo – wszystko co dobre trafia do tych, którzy czekają, poczekajmy więc na następny materiał. Dziś możemy ucztować przy „Formulas of Rotten Death”, bo jest to bardzo smakowity kąsek. Potężne brzmienie i skondensowana ściana gitar budują jego moc, ciekawe aranżacje i kompozytorski zmysł – jego klimat. Musmahhu częściowo wpisuje się w popularne ostatnio zabarwienie death metalu zagruzowaną piwnicą, ale nie do końca, bo pozostawia trochę przestrzeni dla zaczerpnięcia oddechu i przede wszystkim stawia na szybkość i dynamiczność, nie walcowanie nas dźwiękiem. Debiut szwedzkiej machiny śmierci to dwa utwory, każdy z nich trwa pięć minut i trzydzieści osiem sekund. Nie wiem, czy był to celowy zabieg, czy kompletny przypadek, to jednak nie ma większego znaczenia (o ile nie kryje się za tym jakieś głębsze przesłanie). Znaczenie ma to, że oba są równe, pasują do siebie i tworzą harmonijną całość. I ani na chwilę nie nudzą. Nie mam pojęcia dlaczego sam twórca zdecydował się na wypuszczenie tak krótkiego materiału, może właśnie stanowi on dla niego jakąś zamkniętą całość? Mogę tylko spekulować a tego nie lubię, ważne, że „Formulas...” trafiła pod strzechy i dała nadzieję na kolejne wydawnictwa. Będę czekał, bo Musmahhu to kolejny wspaniały przykład na to co pięknego dzieje się w podziemnym death metalu, który już od dawna zjada przed śniadaniem podstarzałych tuzów z przeszłości.

Ocena: 9/10

Musmahhu - „Formulas of Rotten Death”. Iron Bonehead Productions, 2018 rok. 



"Formulas..." na Discogs:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz