poniedziałek, 29 października 2018

Daeva niszczy świat.

Szwajcarzy skupieni w Helvetic Underground Committee rozkręcili się na dobre i tworzą w tej chwili jeden z ciekawszych kolektywów muzycznych na europejskiej scenie. Na pewno jeden z oryginalniejszych, czego dowodem są choćby dwa niesamowicie enigmatyczne i ekstremalne twory: Dakhma i Lykhaeon. O tym drugim miałem okazję pisać w sierpniu, przy okazji premiery materiału „Ominous Eradication of Anguished Souls”. Dakhma też gościła już na łamach bloga, wtedy jednak nie przyjąłem jej ze zrozumieniem (dlaczego – wyjaśniam tu). Od tamtej pory sporo się zmieniło, sama Dakhma także. Właśnie wypuścili nowy krążek i pomimo mojej wcześniejszej niechęci, postanowiłem poświęcić mu trochę czasu. 





Trochę czasu przeszło w dużo czasu, dużo czasu przeszło w częste dużo czasu i to nie tylko dlatego, że „Hamkar Atonement” to album długi, trwający ponad godzinę. Przede wszystkim dlatego, że to album absorbujący, trudny, niesamowicie pochłaniający, wymagający ale nade wszystko bardzo dobry. Dakhma od tworu kompletnie anty muzycznego i nie dającego się słuchać stała się kreaturą słuchalną dużo bardziej, nie porzucając ekstremalnego oblicza. Ekstremalnego w rozumieniu totalnym, bo jestem przekonany, że pełnowymiarowy debiut może być dla niektórych nadal niestrawny, pomimo złagodzenia wizerunku. „Hamkar Atonement” powinien być już jednak rozpatrywany jako muzyka sensu stricto, choć ja wolę o tym albumie mówić jako o swoistym rytuale. Z tym zjawiskiem mieliśmy już w przypadku Szwajcarów do czynienia wcześniej, więc nic to nowego, panowie po prostu kroczą dalej swoją obraną drogą. Ten album wymaga od słuchacza naprawdę wiele skupienia i woli, bo on powinien być odbierany całym sobą, trzeba tu zaangażować wszystkie zmysły. Często słyszymy, że pewne płyty najlepiej smakować w określonej scenerii, czasie i miejscu – o ile z reguły są to tylko i wyłącznie marketingowe zabiegi, w przypadku nowego dzieła Dakhma nie są to słowa rzucone na wiatr. Ciemne pomieszczenie z minimalną dawką światła i głośne dźwięki „Hamkar...” mogą niejednemu zdrowo zwichrować psychikę, z drugiej strony, dopełniłyby tym co bardziej odpornym pełny odbiór tego muzycznego rytuału. Już sam początek albumu wprowadza w jakiś pradawny trans, oznajmia, że czas się przygotować na coś unikalnego, coś co doświadczy nas nie tylko dźwiękowo. Ta płyta atakuje wszystko co mamy w sobie, każdą cząstkę naszej świadomości, wdziera się we wszystkie zakamarki jaźni i nie pozwala uciec. Momentami to kompletne szaleństwo, opętanie, chaos i potężny wir. Są tu także momenty wytchnienia ale to odpoczynek tylko i wyłącznie dla uszu, nie dla psychiki. Dakhma złagodziła swe muzyczne oblicze ale pod żadnym pozorem nie odpuściła nam intensywnością, gęstością i siłą przekazu. Szwajcarzy grają lekko zabrudzony black z domieszką death metalu, podają go bardzo gęsto i lepko, często zasypując nas sonicznym gruzem, czasami wpuszczając trochę przestrzeni i powietrza, ale cały czas przypuszczając totalny szturm na odbiorcę. Po pierwszym odsłuchu potrzebowałem chwili przerwy, by ochłonąć i dojść do siebie, po czym szybko odpaliłem raz jeszcze, bo ma w sobie ten album magnetyczny urok zagłady i śmierci. W zasadzie ta płyta jest śmiercią, bo też i o niej opowiada. Cała historia mówi o daevach, niszczących świat i deprawujących ludzi, obracających wszystkie dobre uczynki Ormuzda wniwecz. Trafiamy tu do starożytnych perskich kultów, takich jak Zaratustrianizm i klimat stworzony przez szwajcarski duet bardzo dobrze do tej tematyki pasuje. „Hamkar Atonement” to prawdziwe doświadczenie, które warto odbierać w całości, zagłębić się nie tylko w muzykę ale i w teksty, poczytać choć trochę o tamtych wierzeniach (wciąż żywych), by po prostu poczuć ten album w całej jego sile. Prawdziwa muzyka śmierci. Prawdziwa potęga. 

Ocena: 9/10

Dakhma - „Hamkar Atonement”. Iron Bonehead Productions, 2018 rok.





"Hamkar Atonement" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz