środa, 31 października 2018

"Śniadanie jest najważniejsze!" - rozmowa z Krzysztofem Słyżem.


Krzysztof Słyż. Wydawca, fan, księgowy, mąż i ojciec. Człowiek, który w metalowym światku rozsławił Klepacze oraz wypromował kilka bardzo ciekawych zespołów. Przeciętnemu Kowalskiemu znany jako właściciel Arachnophobia Records. Nie bojący się polemiki, podstarzałych fanów Sodom i sprowadzenia do domu kotów, gdy ma się już psy. Krzysiek odpowiedział na kilka tendencyjnych i nudnych pytań, czego zapis możecie przeczytać poniżej. Zapraszam.

poniedziałek, 29 października 2018

Daeva niszczy świat.

Szwajcarzy skupieni w Helvetic Underground Committee rozkręcili się na dobre i tworzą w tej chwili jeden z ciekawszych kolektywów muzycznych na europejskiej scenie. Na pewno jeden z oryginalniejszych, czego dowodem są choćby dwa niesamowicie enigmatyczne i ekstremalne twory: Dakhma i Lykhaeon. O tym drugim miałem okazję pisać w sierpniu, przy okazji premiery materiału „Ominous Eradication of Anguished Souls”. Dakhma też gościła już na łamach bloga, wtedy jednak nie przyjąłem jej ze zrozumieniem (dlaczego – wyjaśniam tu). Od tamtej pory sporo się zmieniło, sama Dakhma także. Właśnie wypuścili nowy krążek i pomimo mojej wcześniejszej niechęci, postanowiłem poświęcić mu trochę czasu. 

niedziela, 28 października 2018

Na nieludzkim odludziu.


Ludzie dzielą się na tych, co wierzą w przypadki i zbiegi okoliczności oraz na tych co nie wierzą. Ja nie mam jakiegoś wyrobionego zdania, powiedzmy, że jestem gdzieś w połowie. Bo niby na wiele rzeczy mamy wpływ ale nie na wszystkie przecież. Nie mam zamiaru filozofować, bo byście zasnęli, po prostu ostatnio trafiło mi się coś, co mogę uznać za szczęśliwy zbieg okoliczności. Skończyłem właśnie oglądać dwa sezony australijskiego serialu „Wolf Creek” i zaraz potem, w ramach nadrabiania zaległości, poznałem się bliżej z albumem pochodzącym z tego samego kraju. Teoretycznie nic wielkiego, bo cóż to niby miałoby mieć wspólnego? Może i nic, ale ta muzyka w niejednej scenie „Wolf Creek” sprawdziłaby się wyśmienicie.

piątek, 26 października 2018

Rozwijając skrzydła.


Szwedzki black metal ma się dobrze o ile nie lepiej. Ten rok przyniósł już nowe albumy takich potęg jak Marduk (Victoria), Funeral Mist (Hekatomb) czy Craft (White Noise and Black Metal). Zaplecze ekstraklasy (choć to oczywiście subiektywne) też nie śpi, czego najlepszym dowodem jest nowy album zespołu Gra. Pewnie bym go przegapił, ale kolega raczył przypomnieć, za co jestem wdzięczny, bo „Vasen”, który ukazał się pod koniec kwietnia, to kawał solidnej roboty. Ten album to jak promocja do najwyższej ligi, na którą Gra zasłużyła, pracując ciężko nie od wczoraj. 

środa, 24 października 2018

Słoweńskie sentymenty.


Muzyka zdążyła mnie już zagonić do wielu ciekawych miejsc. Jednym z nich była Słowenia, którą odwiedziłem prawie dziewięć lat temu. Wybraliśmy się z kolegami na koncert Dream Theater, który odbywał się w stolicy tego niewielkiego kraju, Lublanie. Zakochałem się w tym mieście natychmiastowo, oczarowało mnie, momentami czułem się jak w bajce. Bardzo, ale to bardzo chciałbym tam jeszcze kiedyś pojechać, zobaczyć stare miasto, zielone smoki i zamek na wzgórzu. Dziś wracam do Słowenii za sprawą zespołu, który co prawda pochodzi z północnej części kraju, ale dla mnie jest jak zapalnik, który przywołuje wspomnienia. 

poniedziałek, 22 października 2018

Księżyc znowu w pełni.


Nie wiem jak dobrze pamiętacie lata dziewięćdziesiąte w polskim black metalu. Ja kojarzę je całkiem nieźle, z kilku powodów. To wtedy zaczynałem przygodę z tą muzyką, to wtedy działo się najwięcej i ukazywały się ikoniczne dla sceny wydawnictwa. To w latach dziewięćdziesiątych doszło do głośnego konfliktu południa z północą, gdzie po jednej stronie barykady stał Nergal, po drugiej Darken. A za nimi wielu innych. Na południu scena była bardzo aktywna, szczególnie ta skupiona na Śląsku, od Opola przez Świdnicę po Wrocław. Veles, Fullmoon, Infernum, Graveland, wcześniej niezapomniany Xantotol (choć to oczywiście nie Śląsk), czyli w skrócie rzecz ujmując The Temple of Fullmoon. Dziś, za sprawą enigmatycznego projektu Najwyższy, tamte czasy powróciły.

niedziela, 21 października 2018

Wykopki w Belgii.

Jesienne wieczory sprzyjają black metalowi, spacerom oraz odkrywaniu. Jesienią zawsze mam do tego ostatniego więcej energii. Aż się prosi by usiąść wygodnie, najlepiej z jakimś dobrym trunkiem, co w moim przypadku oznacza herbatę i przeczesywać internetowe katakumby w poszukiwaniu muzyki nieznanej, czekającej na odkrycie. A jest jej cała masa, nie zawsze jednak wysokiej jakości. To jednak nie powstrzyma człowieka, który to po prostu uwielbia i kiedy znajdzie coś wartościowego, cieszy się jak dziecko. Ostatnio znalazłem, przez zupełny przypadek, EP belgijskiego Cultor Noctis. Jak się chwilę później okazało, wsiąkłem na resztę wieczoru.

piątek, 19 października 2018

Po latach.


„All good things come to those who wait” (dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy czekają) – to popularne za oceanem powiedzenie, mające swoje korzenie w reklamie, dobrze oddaje sytuację związaną z obiektem dzisiejszej recenzji. I choć ja sam jestem bardzo niecierpliwym człowiekiem, chciałbym wszystko tu i teraz, najlepiej w całości, kolejki doprowadzają mnie do szału a wszelkiego rodzaju opóźnienia czy spóźnienia, wyprowadzają z równowagi, to muszę przyznać, że na ten materiał warto było czekać tak długo. Niektórzy pewnie stracili już nadzieję, że on kiedykolwiek ujrzy światło dnia i na zawsze pozostanie tylko tajemniczą legendą, o której się mówi ale niewielu słyszało jej esencję. Stało się jednak inaczej. 

środa, 17 października 2018

Metal czarny, hałas biały, a wszystko to w zgodzie z tradycją.


Cóż, nie zamierzam się krygować, kłamać ani ukrywać - fanem black metalu zwyczajnie nie jestem. Owszem, doceniam ogromny wkład zespołów z tej szufladki w rozwój muzyki ekstremalnej, doceniam też to, że po rzeczoną odmianę rocka sięga mnóstwo osób, które wcześniej w ogóle się nim nie interesowały, ale to na tyle. Samo brzmienie, schemat utworów i kilka innych czynników powoduje, że za black metalem nie przepadam. 

poniedziałek, 15 października 2018

Zgniły walec.

Jesień sprzyja gniciu. Jesień sprzyja umieraniu. Nie ma sensu z tym walczyć, bo taki jest odwieczny cykl natury. W pewnym momencie wszystko wraca do ziemi, by po jakimś czasie odrodzić się i ponownie cieszyć oko. W naturze jednak, nie tak jak w metalu, wraca piękne, odmłodzone i zdrowe. W metalu niektóre rzeczy wracają za wcześnie, są nadal nieświeże, podgniłe, śmierdzące i cholernie brudne. Taki właśnie jest „Cadaverine”, pełnowymiarowy debiut Eternal Rot. Zaświadczyć może o tym choćby uroczy pan (bądź pani?) z okładki, który postanowił przed czasem opuścić swoje miejsce wiecznego (gnicia?) spoczynku i uraczyć nas kilkoma wesołymi opowieściami.

niedziela, 14 października 2018

Apokalipsa. Teraz.


Dużo w tym roku było już ciekawych premier, ale na jedną czekałem szczególnie. Wiem, że nie tylko ja. Cały black metalowy świat, bo jak taka marka wypuszcza płytę, to nawet szatan i diobły czekają. Niestety, jak w kilku innych przypadkach, sama premiera przeszła trochę obok mnie, ale nadrobiłem braki i od dłuższego czasu cieszę się każdą chwilą spędzoną z tym albumem. Nie mam zamiaru oceniać, czy to najlepsze dzieło Funeral Mist (choć z każdym dniem skłaniam się ku tej myśli), bo każdy ich album jest wielki. Na pewno jest to jedna z najlepszych płyt tego roku, trudno więc bym milczał. Postanowiłem spisać moje odczucia, nie do końca moimi słowami. Może wydać się Wam to dziwne, ale mam nadzieję, że złapiecie koncept, skoro znacie już „Hekatomb” na wylot. Zapraszam do Apokalipsy. Nie tej z przeszłości. Nie tej z przyszłości. Tej teraźniejszej.

piątek, 12 października 2018

Jedenaście minut węża.


Musmahhu. Był to stwór powstały z połączenia węża, lwa i ptaka. W sumeryjskim jego imię zapisywano jako MUS.MAH, co znaczyło „dostojny wąż”. Czasami utożsamiano go z siedmiogłowym wężem, zabitym przez Ninurtę, boga rolnictwa i polowań. Jest jednym z trzech rogatych węży, a jego bracia to Basmu i Usumgallu. Enuma Elis, babiloński mit o stworzeniu mówi zaś, że zrodziła ich Tiamat, bogini – matka, zabita później przez Marduka. I tak od wierzeń starożytnej Mezopotamii dotarliśmy do Szwecji, bo pojawił się i Tiamat i Marduk, no a bohater dzisiejszej recenzji też stamtąd pochodzi. Muzycznie jednak nie ma wiele wspólnego ani z Marduk a tym bardziej z Tiamat. Musmahhu to zupełnie inne przestrzenie metalu, takie, w których ten mityczny wąż czułby się jak w domu. 

środa, 10 października 2018

Trąba powietrzna.


„Świat jest w niewoli. Słabi są w niewoli u silnych, mądrzy w niewoli u zbrodniarzy, biedacy w niewoli u głupców a wszyscy – karły wśród karłów – jesteśmy w niewoli u Boga.” Tymi słowami, zaczerpniętymi z filmu „Diabeł” (reż. Andrzej Żuławski), rozpoczyna się debiutancki album Temple Desecration. Na szczęście sam zespół nie wydaje się być w niewoli, bo wreszcie wydał dłuższy materiał. A jeśli nawet jakakolwiek siła ich zniewala, to nie jest to Bóg. Musiałem się nad tym krążkiem pochylić, bo po pierwsze to kawał solidnego piekła, po drugie panowie są z mojego rodzinnego miasta, więc głupio byłoby przemilczeć ukazanie się „Whirlwinds of Fathomless Chaos”.

poniedziałek, 8 października 2018

Rytuał.


Powoli zaczyna dojrzewać we mnie, kiełkować może nawet, powołanie. Rozważam zostanie badaczem. Chciałbym wybrać się do Finlandii, najlepiej na koszt podatników (w imię nauki!) i zbadać jakim cudem (no nie, tę teorię trzeba odrzucić) w tym tak nielicznym narodzie, tak wielka reprezentacja metalowa. W szczególności black metalowa. Ja wiem, nie raz już pisałem o tym fenomenie, ale to wciąż wprawia mnie w osłupienie. Czego to zasługa? Jaka jest przyczyna? Czy to powietrze, klimat, jedzenie ryb czy duża dawka okresowej ciemności pokrywającej fińskie miasta, wsie i miasteczka o wczesnych porach? W tej chwili nie potrafię udzielić odpowiedzi, ale dajcie mi czas – nie spocznę póki tego nie ustalę. Tymczasem, na salony black metalu, lub raczej na leśne polany, wjechał kolejny świetny krążek pochodzący z kraju Muminków, lasów i jezior, choć akurat jego twórcy pochodzą z Helsinek. 

niedziela, 7 października 2018

Mamoń to był gość.


„Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”.     Co prawda umysłem ścisłym nie jestem, ale w przypadku nowej płyty Immortal, słowa inżyniera Mamonia, z kultowego już Rejsu, sprawdzają się doskonale. Można nimi otworzyć i zamknąć recenzję „Northern Chaos Gods”, szczególnie, że reminiscencja jest tu bardzo mocna. Tak mocna, że momentami zastanawiam się, czy nie mam znowu kilkunastu lat i z wypiekami na twarzy odpalam właśnie po raz pierwszy „At the Heart of Winter” lub „Battles in the North”. Ale nie, przecież nie, bo jak mogą się podobać piosenki, które słyszy się pierwszy raz?

piątek, 5 października 2018

Piosenka diabła.


Zdaję sobie sprawę, że kurz bitewny związany z tym albumem już dawno opadł, jednak dla mnie wciąż się unosi. Wkroczyłem na to pole bitwy dość późno, kiedy już większość amunicji została zużyta, gdy linie obronne przeciwnika dogorywały pokrwawione w okopach i ruinach kamienic. Gdy szalała największa bitwa, nie byłem jej do końca świadom, mą głowę zaprzątały ważniejsze sprawy, teraz jednak wiem, że nie ma w tym roku wielu ważniejszych spraw od Zwycięstwa. Kiedy siedzisz w okopie, czy to życia, czy wojny, liczysz na wygraną. Trzymasz się tej myśli za każdy skrawek munduru, jakby ona jedna mogła cię ocalić. I dzięki determinacji oraz zwykłemu szczęściu, masz szansę wyjść z okopu pokrwawiony, ale zwycięski.

środa, 3 października 2018

Krocząc mrocznymi ścieżkami.


Cultes Des Ghoules to jeden z tych zespołów, który nie ułatwia mi życia. Powszechnie znany i lubiany, cytowany na szkolnych akademiach, kochany przez młodszych i starszych, mnie nigdy do końca nie przekonał. Inaczej, momentami przekonuje mnie z siłą bomby atomowej, kiedy indziej nie trafia do mnie tak, jak skuteczność V-1. Działa to na zasadzie sinusoidy, bo debiut mnie z kapci nie wyrzucił, ale już jego następca, „Henbane”, jak najbardziej. W 2016 roku dostaliśmy za długi i za nudny, przesadnie teatralny „Coven, or Evil Ways Instead of Love”, który był dla mnie sporym zawodem a całkiem niedawno, zaskoczeni jak Francuzi w 1940, otrzymaliśmy „Sinister, or Treading the Darker Paths”. Nie jest to może bomba atomowa, ale na pewno płyta bardzo dobra, żeby nie powiedzieć wyśmienita.

poniedziałek, 1 października 2018

Odkrycie wędrowca.


Czasami wszystko zaczyna się od okładki. Jedno spojrzenie i już wiesz, że musisz posłuchać zawartości. Bo przecież skoro opakowanie takie piękne, to zawartość musi też być na poziomie. Jasne, to nie zawsze się sprawdza, w przeszłości, gdy kupowało się wszystko co na okładce krzyczało szatanem czy wymalowaną gębą, trafiały się pudła, czasami bardzo srogie. Teraz jednak, gdy człowiek starszy, może sobie od czasu do czasu pozwolić na odrobinę szaleństwa i ryzyka – szczególnie, że wszystko można w kilka minut sprawdzić w Internecie. I tak pewnego dnia, przeglądając Instagram, u jednego z obserwowanych przeze mnie osobników, zauważyłem TĘ okładkę. Zaintrygowała mnie momentalnie, koniecznie musiałem tego posłuchać. No i wsiąkłem.