poniedziałek, 17 września 2018

W moją noc.


Są takie chwile w życiu człowieka, że po prostu musi. Nieważne co, po prostu musi. Mnie też ten moment dopadł i musiałem. Efekt tego musu właśnie czytacie i jest to coś, czego do tej pory nie robiłem (ale chyba zacznę częściej), mianowicie pierwszy tekst poświęcony jednemu utworowi. Pewnie znalazłbym ważniejsze dla mnie kawałki, którym mógłbym poświęcić nawet kilka stron tekstu, ale ten od dłuższego czasu jest stałym towarzyszem każdego dnia, co najmniej kilkukrotnie. Opętał mnie, sprawił, że zaczynam lubić język francuski, z którym do tej pory nie było mi po drodze. Jest jednak tak uroczy (wiem, brzmi podejrzanie), że naprawdę mam ochotę zapisać się na kurs. 





Uroczy. Podejrzewam, że słuchając go niewielu ma takie skojarzenia a jeszcze mniej tak by go określiło. Bo czy uroczy może być utwór w którym banda chuliganów wydziera się jak opętana w rytm akordeonu a wszystko to brzmi jak knajpiana pieśń po dużej dawce napojów wyskokowych? Co najlepsze, ci chuligani grają na co dzień black metal i to chyba właśnie decyduje o uroku tego utworu. Jest tak nieszablonowy, nietypowy, zaskakujący i momentami przaśny, że wywołuje we mnie całą gamę uczuć ale przede wszystkim po prostu kładzie mnie na kolana. Bywa odpychający, ohydny, brzydki, tak brzydki że aż piękny na swój własny sposób. Sposób, który nie do każdego trafi i nie każdy go pojmie, ale przecież to nie jest muzyka dla wszystkich. Zorientowałem się, że jeszcze nie napisałem co to za numer, ale pewnie niektórzy już się domyślili, że chodzi o „Dans ma nuit” Peste Noire. Na potrzeby tego utworu określam sam zespół jako alkoholowych chuliganów Szatana, co w moim mniemaniu dobrze oddaje istotę sprawy. Oczywiście by odnieść takie wrażenie, warto zobaczyć teledysk, który tylko potęguje odczucie totalnej przaśności, prostoty, bezpośredniości i bezczelnego, prowincjonalnego zwykłego lania po ryju. Bo wszystko zaczyna się właśnie tak. Na wiejskiej zabawie, gdzie leje się wódka, ktoś próbuje rzępolić jakąś melodię a reszta podpitych gości stara się śpiewać. Tylko patrzeć aż ktoś stłucze flaszkę, inny dostanie po mordzie czy zaśnie na stole. Jednak zabawa się rozkręca w trochę innym kierunku, bo robi się coraz poważniej, by w pewnym momencie, po tym gdy Ludovic wykrzyczy już swoje cudownie proste i zapijaczone „la la la la”, zrobiło się naprawdę podniośle, co podparte jest obrazami w teledysku. Ten instrumentalny koniec stanowi wspaniałą puentę, podkreśla znaczenie samego utworu i jest świetnym przeciwieństwem wszystkiego, co na początku. Z imprezy weselnej trafiamy na stypę, gdzie właśnie podniosłe przemówienie o zmarłym wygłasza jego syn. I coś w tym jest, bo przecież Ludovic śpiewa też o swoim ojcu. Przede wszystkim śpiewa jednak o sobie. O swoim życiu, ale w taki sposób, że możemy mieć wątpliwości, czy jest z niego zadowolony. A na pewno nie jest zadowolony z otaczającego go Świata. Nie wszystko w tym tekście jest dla mnie zrozumiałe, bo są tu sprawy osobiste, można go jednak odebrać jako swego rodzaju spowiedź. I kiedy tekst zderzymy z muzyką, otrzymujemy najbardziej oczywisty z oczywistych efektów, czyli życie. Bo przecież takie ono jest, czasami podniosłe, pełne zadumy, czasami (dużo częściej) proste, przaśne i do bólu codzienne. Panowie z Peste Noire wydają się doskonale o tym wiedzieć, bo są, pomimo całej podniosłości black metalu, przyziemni do bólu. Urzeka mnie ich bezpośredniość i szczerość i takie teledyski i utwory cenię sobie dużo bardziej niż pseudo uduchowione badziewie w stylu pewnego muzykanta z Pomorza. 

Dans ma nuit. W moją noc. Bo przecież można w jedną noc opowiedzieć całe swoje życie. Byleby tylko ktoś chciał słuchać. A nawet jeśli się taki nie znajdzie, zawsze pozostaje flaszka i księżyc. 

P.S. Wcale nie uważam, że to wesoły utwór. La la la...

„Dans ma nuit” pochodzi z albumu „La Chaise-Dyable” wydanego w 2015 roku. 

Link do teledysku:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz