niedziela, 30 września 2018

Stara, dobra Grecja.


Dawno temu, gdy nie było Internetu, na targowiskach szalały pirackie kasety a płyty CD były mokrym snem każdego fana muzyki, na światowej scenie, w kategorii black metal, liczyły się trzy greckie zespoły. To one tworzyły w tamtym czasie tę osławioną grecką scenę, z jej charakterystycznym brzmieniem, klimatem i sposobem na black metal. Był wspaniały Rotting Christ, w moich oczach absolutny numer jeden, była Necromantia, ze swoim wolnym i rytualnym black metalem i był ten trzeci, mniej popularny, ale również kultowy Varathron. „Thy Mighty Contract”, „Crossing the Fiery Path” i „His Majesty at the Swamp”. Twórcy tego trzeciego właśnie powrócili i to z przytupem. 





Kompletnie straciłem ich ze swego metalowego radaru gdzieś w okolicach 1995 roku, czyli po wydaniu „Walpurgisnacht”. Nie był to wielki album, nie był nawet na tyle dobry, by w ówczesnym zalewie poznawanych płyt, utrzymał się w mej świadomości zbyt długo. Grecy poszli trochę w zbyt dalekie obszary wygładzonego grania a to wtedy było dla mnie nie do zaakceptowania. Inna sprawa, że po prostu zawiesili działalność, bo aż do roku 2004 wydali jedną EP a wtedy to ja już zdążyłem o nich zapomnieć. I nawet fakt, że do recenzowanego dzisiaj „Patriarchs of Evil” zdążyli wydać trzy pełne albumy, tego nie zmienił. Za dużo było innych ciekawych rzeczy, by wracać do dawno zakończonego romansu. Dziś jednak, kiedy słucham wypuszczonego w kwietniu ich ostatniego dzieła, obiecuję sobie, że poznam poprzednie płyty, bo „Patriarchs of Evil” zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Kompletnie się tego nie spodziewałem i jest to dla mnie jedno z większych zaskoczeń tego roku (poza skalą pedofilii w kościele, oczywiście). Czterdzieści pięć minut dzieli się na osiem utworów, co oznacza, iż nie są one bardzo krótkie. Album jednak nie nudzi, bo nie ma tu dłużyzn, nie ma tu wyraźnie słabszych numerów, które negatywnie by się wyróżniały. Płyta jest bardzo wyrównana i to jest jej jeden z dwóch największych atutów. Drugim jest atmosfera i klimat. Grekom nie spieszy się do miana bycia najbrutalniejszym zespołem na planecie, nie mają aspiracji do siedzenia w krypcie ani w piwnicy, nie silą się na czterdzieści minut kanonady i plującego jadu. Dla nich dużo ważniejsza jest melodia, nastrój i spora nuta sentymentalnego powrotu do przeszłości. Łapię się na tym, że momentami zdaje mi się, że siedzę w moim pokoju na ulicy Lencewicza a kaseciak niestrudzenie obraca w sobie któryś z greckich klasyków, wymienionych we wstępie. Wiecie, te melodie, te gitary płaczące radością, tak jak tylko greckie gitary potrafią. To brzmienie, typowe dla greckich lat dziewięćdziesiątych no i wokal, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym krajem. Do tego kompozycja utworów też typowa dla kolebki europejskiej kultury, bo nie ma tu prędkości kosmicznych, jest masa zwolnień, klimatycznych wstawek i momentów lekkiej zadumy. Oczywiście Varathron przyspieszyć potrafi ale korzysta z tej umiejętności oszczędnie i w bardzo dobry sposób. Nic na siłę, chciałoby się rzec i jest to dewiza przyświecająca Grekom od wielu lat. Oni zawsze zresztą sprawiali na mnie wrażenie ludzi, którzy robią to wszystko jakby od niechcenia, bez napinki, z wielkim luzem (patrząc na ich sytuację gospodarczą, to nie tylko muzykę tak traktują), jak to południowcy. „Patriarchs of Evil” to właśnie taki album – z luzem, bez silenia się na cuda, bez udawania. Taki jest Varathron w 2018 roku i szczerze mówię – taki Varathron mi się bardzo podoba. Nie będzie to album roku, nie wiem nawet czy zmieści się w pierwszej dziesiątce podsumowania, ale jego słuchanie daje mi sporo radości a to przecież najważniejsze. 

A numer "Saturnian Sect" to hicior, że hej!

Ocena: 9/10

Varathron - „Patriarchs of Evil”. Agonia Records, 2018. 




"Patriarchs of Evil" na Discogs"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz