środa, 19 września 2018

Prosto i konkretnie.


Przyszedł czas na drugą w historii bloga recenzję kasety. Przy okazji pierwszej nie wspomniałem, ile sentymentu przywołało we mnie wsadzenie kasety do kieszeni magnetofonu, czyli wykonanie czynności, która kiedyś była na porządku dziennym. Dla samej zabawy pozwoliłem sobie nawet na przewinięcie, no a pod ręką miałem oczywiście ołówek (jeśli nie wiecie po co, zapytajcie starszego brata). Wiele czasu upłynęło od okresu kasetowego i w tej chwili nie jestem największym fanem tego nośnika, jednak fajnie jest od czasu do czasu przywołać wspomnienia. Tym razem, zespołem który zafundował mi spacer ścieżką wspomnień jest Rot. 





I nie chodzi tu tylko o wspomnienia związane z samymi kasetami. Katowicki Rot wykonuje bowiem ten rodzaj czarnej sztuki, który jest dobrze znany wszystkim maniakom lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych. Demo „Kingdom of Antigod Sodomy” pochodzi z 2013 roku i jest ostatnim jak dotąd wydawnictwem zespołu, co każe mi się zastanowić czy oni jeszcze w ogóle istnieją? Jak każda szanująca się podziemna formacja, Rot szanuje swoją prywatność i nie byłem w stanie dokopać się do wielu informacji na temat samego zespołu jak i jego obecnej sytuacji. To oczywiście nie jest w tej chwili najważniejsze, bo przecież chodzi głównie o omawiane demo, fajnie jednak byłoby, gdyby zespół nie umarł. „Kingdom of Antigod Sodomy” to dziewięć utworów, w tym intro i cover czeskiego Torr. Całość trwa ok 25 minut (tak na moje oko, sądząc po ilości nawiniętej taśmy). Już dźwięki intro informują nas, że nie będzie to materiał z cyklu tych, które zgłasza się do konkursu w Opolu. Ktoś tam bardzo cierpi i nie jest to mężczyzna. A potem jest już tylko piekło, siarka i demony. Rot nie owija w bawełnę, od razu podpala i to z zaciekłością Varga rozwiązującego spory z Euronymousem. Utwory są krótkie, skondensowane i w większości szybkie. Nieliczne zwolnienia tchną ciężarem i grobem, jednak zaraz po powrocie do standardowego tempa otrzymujemy mieszankę starej szkoły, gdzie wyraźnie czuć Possessed, Hellhammer czy Sodom (ten najstarszy). Tu wszystko jest jak wyjęte z głębokiej piwnicy i wrzucone do garażu, tylko po to, by to nagrać. Prawdziwie podziemny death metal, pomieszany z piekielnym rock’n’rollem, czyli kłaniają się nam właśnie wspaniałe lata osiemdziesiąte. Rot jednak wspaniałym bym nie określił, bo nie odkrywają tu niczego nowego, po prostu dobrze i rzetelnie wykonują swoją robotę. Słucham tego materiału i po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że nie trzeba wcale silić się na wielka oryginalność, wystarczy szczerze zagrać to co się kocha tak jak się umie najlepiej. Rot to robi i efekt jest jak najbardziej zadowalający. Dawka bluźnierstwa, jadu i piekła wystarczyłaby na kilka innych wydawnictw, czyli norma zrobiona. Podoba mi się to demo, bo po pierwsze – nie miałem żadnych wielkich oczekiwań a potrafiło przykuć mą uwagę, po drugie dlatego, że jest szczere, proste i naturalne. A ja takie materiały lubię najbardziej. Wiemy co chcemy przekazać i to robimy. Nie widzę powodu by pewne sprawy komplikować. Wszyscy ci, którzy cenią sobie konkretny podziemny wpierdol i mrok, zatęchły dźwięk z echem grobowca, będą zadowoleni. A cała reszta? Nie sądzę by twórców „Kingdom of Antigod Sodomy” to w jakimkolwiek stopniu obchodziło. 

Ocena: 7/10

Rot - „Kingdom of Antigod Sodomy”. Demented Omen of Masochism, 2013 rok, numer katalogowy Doom Tape 008. 






"Kingdom of Antigod Sodomy" na discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz