poniedziałek, 3 września 2018

Pomarańczowy agent.


Błoto, deszcz, węże, robactwo, dżungla. Upał, duchota, potworna wilgotność, dżungla. Dżungla w ogniu. Napalm. Napalm o poranku, w południe i wieczorem. Bo wiadomo, napalm to zwycięstwo. To ten nie dający się pomylić z niczym innym zapach triumfu. Śmigłowce, zacinające się M-16 i terkot kałasznikowów. Tunele, podziemne szpitale, szczury i zasadzki. Vietcong wszędzie wokół, granaty i ryż. Wietnam. Wietnam toczony wojną bardzo bezwzględną, z obu stron oczywiście, bo Amerykanie nie przebierali w środkach. Z nieba na dżunglę i Wietnamczyków leciały nie tylko bomby i napalm. Był też „Agent Orange”. A jak Wietnam i Agent Orange to musi być Sodom.



Powszechnie znana jest fascynacja lidera Sodom, Toma Angelrippera, wojną w Wietnamie. Praktycznie na każdym albumie możemy znaleźć jakieś odniesienia do tego konfliktu. Wyróżniają się tu szczególnie dwie płyty: „M-16” (o której przeczytacie tutaj) oraz właśnie „Agent Orange”. O ile ta pierwsza to już lata, kiedy Sodom walczył bardziej o potwierdzenie swej wielkości, o tyle ta druga tę wielkość mu dała. Wydany w 1989 roku album definiował poniekąd cały gatunek, nie boję się stwierdzić, że do tej pory definiuje. Jest to bez wątpienia jeden z najlepszych thrash metalowych albumów w historii a dla mnie osobiście najlepszy album Sodom. Każdy utwór to absolutny cios, bez ani sekundy zmarnowanego dźwięku czy chwili nudy. Znajdziemy tu nieśmiertelne hity jak „Remember the Fallen”, „Ausgebombt” czy tytułowy „Agent Orange”. „Tired and Red” zachwyca rytmiką i szybkością, „Baptism of Fire” wręcz porywa a na koniec dostajemy imprezowy „Don’t Walk Away”. Album doskonały. Nie było jednak moim celem rozpisywanie się o muzyce zawartej na tej płycie, bo przecież doskonale ją znacie. Nie jestem natomiast pewien, czy wszyscy rozumiecie jej tytuł. Pomarańczowy Agent? Agent Pomarańcza? O co chodzi? Sam sobie takie pytania kiedyś dawno zadawałem bo nie miałem pojęcia co te dwa słowa znaczą jako całość. Ponieważ jednak, tak jak lidera Sodom, mnie również fascynuje wojna w Wietnamie, po jakimś czasie już wiedziałem. 


Rozpylanko. 


Otóż, moi mili, agent orange (będę się posługiwał angielską nazwą bo „czynnik pomarańczowy” mnie nie przekonuje) to takie niefajne chemiczne paskudztwo (jeden z herbicydów, jeśli coś Wam to mówi) zrzucane z samolotów na dżunglę, pola i wioski, mające wyplenić wszystko co rośnie i da się uprawiać. Zamysł był taki, by pozbawić Wietnamczyków pożywienia. Zniszczyć ich uprawy oraz w jakiejś mierze dżunglę, która dawała schronienie. Pomysł niezły, w końcu taktyka „spalonej ziemi” nie raz odnosiła skutki. Niestety, jak zwykle i jak to na wojnie bywa, nie wszystko idzie tak jak sobie założyliśmy. Agent orange nie pomógł odnieść zwycięstwa, bo Wietnamczycy byli tak zdeterminowani oraz zorganizowani, że nawet zrzucenie 72 mln litrów tego świństwa nie pomogło. Niestety, na wojnie jak zwykle najbardziej cierpią cywile. Amerykanie się nie patyczkowali i zrzucali agenta gdzie popadnie, co oznaczało też i tereny zamieszkane. Nie będę tu zamieszczał zdjęć zdeformowanych dzieci, bo są drastyczne, dość powiedzieć, że ok pół miliona urodziło się z najróżniejszymi wadami. A od samej wojny na skutek działania tej toksyny zmarło ponad 400 tysięcy osób. Bo agent nie odpuszcza do dzisiaj. Jego obecność wciąż daje się we znaki, bo w wodach gruntowych może przetrwać nawet 100 lat. To cholerstwo wpływa na geny, więc nawet wnuki i prawnuki tych, którzy się z nim zetknęli mogą mieć spore problemy zdrowotne. Oczywiście Amerykanie zaprzeczają, ale oni w tym zawsze byli dobrzy – zróbmy coś okrutnego, potem się wyprzemy. Kto nam coś zrobi?

Co ciekawe, sam agent orange był cieczą ciemnobrązową. Skąd ten pomarańczowy? Może agent orange brzmi lepiej od agent brown? Nie wiem, podaję to jako ciekawostkę. Kolejna rzecz – widziałem chyba wszystkie filmy o wojnie wietnamskiej wyprodukowane w Stanach i o ile napalmem sypią w nich ostro, o tyle do agenta nie bardzo chcą się przyznawać. Z drugiej strony, nic dziwnego, nie ma się czym chwalić. Słowa podpułkownika Killgore’a z Czasu Apokalipsy o napalmie o poranku brzmią romantycznie. O agencie już raczej tak by nie brzmiały.

Jeśli kogoś zainteresował ten temat, bez problemu znajdzie w sieci więcej fachowych informacji. Polecam, bo ciekawy. 

Sodom - „Agent Orange”. Steamhammer, 1989 rok, numer katalogowy SPV 85-7597.







"Agent Orange" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz