czwartek, 13 września 2018

Ostatni wielki.


Dawno, dawno temu, bo był to rok 1996, miałem siedemnaście lat, długie włosy, masę zapału i wiary w metal. W metal naturalny, szczery, niosący z sobą pewne wartości co także wyrażało się w muzyce – żadnych udziwnień, wymysłów i pierdół. Miało być mocno, brutalnie i najlepiej klasycznie. To był bardzo dobry rok dla gatunku, bo ukazały się choćby takie płyty jak „Triarchy of the Lost Lovers” (o niej tutaj) czy „Nemesis Divina” (tu), żeby wspomnieć tylko te dwie. Po trzech wspaniałych albumach, swój czwarty wydał szwajcarski Samael. „Passage” mocno nadszarpnął moja wiarę w szczery i bezkompromisowy metal i nie od razu do mnie trafił.


Samael z okresu "Passage"


Ostatni z wielkich albumów Samael, pierwszy z serii tych, których słuchać nie mogłem. Jego tytuł jest perfekcyjnie wybrany, doskonale oddaje to, co działo się wtedy ze Szwajcarami. Ale o ile tych, które były po nim nadal nie jestem w stanie słuchać, to „Passage” cenię i bardzo lubię do dziś. Jednak, jak już wspomniałem, nie zawsze tak było. Potrzebowałem kilkunastu przesłuchań i kilku cichych dni, by w pełni oswoić się z nowym podejściem zespołu do muzyki. Bo nie było to coś, co zdarzało się każdemu w tamtych czasach. To były lata bardziej konserwatywne. Nie spodziewałem się, że po wydaniu takiego arcydzieła jak „Ceremony of Opposites” (o niej tutaj), panowie będą chcieli aż tyle zmienić. Wyszło jednak na to, że w głowie Xytrasa (a raczej Xy, bo tak już wtedy kazał się nazywać) siedziało bardzo wiele i były to rzeczy, które wyprzedzały swoją metalową epokę. Przecież tam momentami słychać techno! To było trudne do przełknięcia i zaakceptowania. Co najlepsze, teraz jednym z moich ulubionych utworów jest „The Ones Who Came Before”, gdzie elementy rzeczonego techno są aż nadto słyszalne. Do tego mamy tu jeszcze coś na kształt black metalowej (?) ballady, czyli „Moonskin”. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś żart i kiedy podczas słuchania wypadała jego kolej, przewijałem natychmiast kasetę do przodu. Teraz już bym tak nie postąpił. Primo – nie słucham tej płyty z kasety, secundo – uwielbiam ten kawałek! To urocze pianino, lekko zachrypnięty głos i romantyczny tekst – świetny kandydat na wieczór we dwoje ;) Pomimo, że cały ten album brzmi jak z zupełnie innej bajki, niż te, które wtedy znałem, jest tu masa świetnej muzyki. Choćby taki otwierający płytę „Rain”, czy będący zaraz po nim „Shining Kingdom”. Co tam, tu po prostu nie ma słabego utworu, wszystko było kwestią przekonania się do tej nowej koncepcji. I teraz, po latach, ten album brzmi bardziej świeżo od choćby takiego „Blood Ritual”, co z pewnym zaskoczeniem przyznaję już od dawna. Jest tu przecież tyle wspaniałych momentów, tyle podniosłości, jakiegoś majestatu a zarazem chwile, gdy można po prostu podziwiać samą muzykę, bez większych uczuć. To taki album, który z jednej strony ma wielki ładunek emocjonalny ale z drugiej atakuje zimnem, wyrachowaniem i chłodną kalkulacją. Bałem się, czy taka mieszanka sprawdzi się na koncertach, ale moje wątpliwości szybko zostały rozwiane, podczas koncertu z Moonspell i Rotting Christ (o tym wydarzeniu tu). Wystarczyło, że zagrali „Rain”. Zostałem momentalnie kupiony. Wydanie „Passage”, które widać poniżej na zdjęciach, zawiera także EP „Exodus”. To faktycznie był exodus, oczywiście muzyczny, wtedy gdy wyszła ja już nie chciałem ich znać, teraz mogę posłuchać, bo poza tytułowym kawałkiem to naprawdę dobry materiał. W tamtych czasach był jednak nie do przyjęcia. 

Cieszę się, że z „Passage” podaliśmy sobie szybko dłonie i spędziliśmy sporo czasu. Niestety, po latach wiem, co stało się później z zespołem i patrząc przez pryzmat tych kolejnych płyt, pewnie wolałbym by ten album nigdy nie powstał. Ale jest. Ostatnie wielkie dzieło Samael. Pierwsze z tych… a gdzie tam, ostatnie wielkie. Tyle wystarczy. 

Samael - „Passage”. Century Media, 1996. Na zdjęciach wznowienie z roku 2007.







"Passage" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz