poniedziałek, 24 września 2018

Album roku.


Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co napisać. Ale coś trzeba sklecić, bo o wybitnych płytach należy pisać, krzyczeć, że istnieją, ogłaszać to Światu z dumą i zapałem, szczególnie gdy to album z naszego podwórka i pewnie nie doczeka się należytej uwagi, promocji (z całym szacunkiem dla Arachnophobii) i dystrybucji na skalę światową. A powinien, wręcz mu się to, cholera jasna należy, bo to jest płyta z kręgu tych naprawdę wielkich, która na lata powinna wejść do świadomości słuchaczy, fanów, fanatyków, sklepikarek, hydraulików, kierowców i lekarzy. Niestety, nadal nie wiem co napisać, bo co można napisać o płycie, która zawładnęła mną i od kilku tygodni jest panią mego życia? Co napisać, gdy człowiek siedzi i słucha w zachwycie i nie ma nawet ochoty na jedno słowo, ma być tylko rozkosz płynąca z samej muzyki? Do chrzanu, proszę państwa, do chrzanu całe to pisanie o muzyce w kontekście takich płyt.




Bo tak naprawdę powinienem napisać tylko jedno – otwierać lapki, odpalać komputery, telefony, tablety i zamawiać! Czekać na przesyłkę jak na prezenty pod choinką i słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać! Dawno nie byłem tak pewien tych słów jak w przypadku nowego albumu Entropii. Jeśli ktoś po lekturze tej recenzji zakupi i mu się nie spodoba, zwracam koszty. Ten mój cały cholerny entuzjazm nie jest nawet na jotę przesadzony, to spontaniczna radość dziecka, prawdziwie naturalna, które właśnie odpakowało piękną kolejkę i myśli tylko o tym, by się pobawić. Ja na stacji „Vacuum” tkwię już od dawna i choć mijają mnie różne pociągi, wole tak siedzieć na tym peronie i słuchać. Nigdzie mi się nie spieszy, poza ponownym „play”. Najnowsze dzieło kolektywu U L T R A to prawie godzina muzyki podzielona na sześć kompozycji. I tak, niestety, muszę napisać o każdej z nich, bo po prostu na to zasługują. Tytuły wszystkich są krótkie, jednowyrazowe. Otwierający album „Poison” to zaproszenie do innego świata. To piętnaście minut szaleństwa, choć pozornie rozpoczętego całkiem spokojnie. Dość szybko jednak utwór obrasta w coraz to nowe dźwięki i warstwy, by zaatakować perkusją ale to znowu tylko pozory, bo po chwili wszystko się uspokaja, pojawiają się dziwne, połamane rytmy, klawisze świetnie budujące napięcie, po raz wtóry tempo rośnie i… I taką mieszankę nastrojów, odczuć i dźwięków mamy już do końca. „Poison” szybko wchodzi na pewien stały poziom natężenia, czego nie można powiedzieć o kolejnym, absolutnie wspaniałym „Wisdom”. To mój faworyt na „Vacuum”, choć bardzo trudno tu wyłonić lidera. Drugi utwór trwa dziesięć minut i jest jak powoli rozwijająca się burza. Wiemy, że nadejdzie, bo wszystkie znaki na to wskazują, tylko nie wiemy kiedy. Otwierający utwór motyw to prawdziwy popis tworzenia klimatu za pomocą prostych środków. Kiedy jednak dochodzimy do sedna „Wisdom”, wszystko ulega przewartościowaniu, bo początkowy spokój i stabilizacja, zamieniają się w krzyk szaleńca poprzedzony atakiem perkusji, krzyk bardzo ekspresyjny, wspaniale oddany przez świetną partię wokalną. To jeden z moich ulubionych fragmentów płyty, mógłbym go słuchać w kółko. Kiedy już opadną emocje po „Wisdom”, pojawia się „Astral”, utwór, który promował album. Jest o połowę krótszy od poprzednika, dużo bardziej skondensowany i dużo bardziej zakręcony. Gitara, która nas wita, zdradza potencjał tej kompozycji, będącej pomimo wszystko chyba najbardziej „normalnym” utworem na „Vacuum”, w klasycznym rozumieniu metalu. Wybranie akurat „Astral” na singla to z jednej strony ukłon w stronę konserwatystów ale też spora dla nich zagwozdka i niespodzianka, jeśli liczyli, że cała ta płyta taka będzie. Ten utwór w pięć minut potrafi zmieścić w sobie tyle najróżniejszych wspaniałych momentów, co niejedna płyta. Nie jest jednak wcale reprezentatywny dla całości (znalezienie tu kawałka, który mógłby choć przybliżyć całość płyty, jest niemożliwe) o czym doskonale przekonuje nas kolejny, tytułowy „Vacuum”. Trzynaście minut łamania rytmem, melodią, mieszania w głowie, czyli powrót do otwierającego „Poison”, z tą różnicą, że jest trochę spokojniej. Ale tylko trochę, bo dzieje się niesamowicie wiele. Tak jak w „Wisdom”, partie wokalne pojawiają się późno, bo na końcu utworu. Kiedy już jednak się pojawią, po raz kolejny są bezbłędne. Wcześniej nastrój budowany jest bardzo bogatymi środkami aranżacyjnymi oraz zawiłą ścieżką melodyjną, co powoduje żywe zainteresowanie w każdej minucie tego dzieła. Piąty na płycie „Hollow” to zdecydowanie najspokojniejszy utwór, wyróżniający się tym, że w pierwszej chwili nie do końca jesteśmy w stanie dopasować go do całości. Ale to tylko pozory, bo klimatem, atmosferą i samą budową sprawia, że po pewnym czasie traktujemy go jako pełnoprawnego członka płyty. Wprowadza sporą dozę smutku i zadumy, daje odetchnąć po wcześniejszych szaleństwach. A gdy już złapiemy oddech czeka nas zamknięcie „Vacuum”, czyli „Endure”. Tu od samego początku dostajemy mocne tempo i szybko wracamy do rzeczywistości w jakiej ten album jest zawieszony. Prawie dziesięć minut mija bardzo szybko, bo „Endure” ma w sobie ogromną dawkę dynamiki i jest doprawiony świetnymi, oszczędnymi, krótkimi melodiami. Bardzo dobre zamknięcie wspaniałej płyty. 

To co cechuje wszystkie utwory, to świetne wokale oraz wprost niesamowity klimat i atmosfera, które są prawdziwą siłą „Vacuum”. Co do wokali, dawno nie słyszałem tak dobrze komponujących się partii z tak pokręconą i połamaną płytą. Inna rzecz, że to płyta głównie instrumentalna, nie mierzyłem, ale jeśli powiem, że ¼ albumu zawiera wokale, to chyba bardzo się nie pomylę. Liryki są krótkie, proste w przekazie jednak nie tak do końca proste w zrozumieniu, gdyż ich znaczenie możemy interpretować na różne sposoby. I dobrze, bo każdy może w nich znaleźć coś swojego. 

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ja przecież nie jestem wielkim fanem tego całego „post” black metalowego grania, nie podwijam spodni nad kostki, nie chodzę w koszuli i nie mam fryzury na „norweskiego drwala” a tak przecież ten zespół jest postrzegany, takich ludzi można spotkać na jego koncertach. Jestem fanem starej szkoły, zdrowego wpierdolu muzycznego, skór i łańcuchów, bluźnierstwa i grobu. Tylko co z tego, skoro kilku panów nie wyglądających nawet na metalowców potrafi zrobić z moja świadomością to, co ruskie czołgi z Berlinem? Inna sprawa, że trudno tę płytę określić stricte metalową, bo ona jest tylko jedną nogą w naszym świecie muzycznym, drugą szuka, rozkopuje i eksploruje zupełnie inne rejony. Ostatnią rzeczą, jaką chciałbym zrobić z tym albumem to w jakikolwiek sposób określić go gatunkowo. To po prostu wspaniała muzyka, przez duże M. 

Premiera za kilka dni, 28 września, w nieodżałowanej Arachnophobii. K U P O W A Ć!

Szlag, ale się rozpisałem. A biadoliłem jak stara baba, że nie wiem co napisać. 

Ocena: 10/10. 

Album roku. Finito. Poza tym, to chyba najlepszy album, który dane mi było recenzować. 


Entropia - „Vacuum”. Arachnophobia Records, 2018 rok, numer katalogowy ARA 037.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz