niedziela, 19 sierpnia 2018

Zabawa na wysokościach.

Na południu Peru leży miasto Arequipa. Jest duże, drugie co do wielkości po stolicy Limie. Niby nic takiego, bo na Świecie jest wiele dużych miast. Ale bardzo niewiele z nich jest położonych na wysokości 2325 m n.p.m. Nie są to do końca normalne warunki bytowe, o czym nie raz przekonują się przyjeżdżające do Peru reprezentacje na mecz z drużyną miejscowych. Żyjąc w warunkach, gdzie o oddech ciężej, nie masz zamiaru sobie tego utrudniać. Nie grasz więc piwnicznego zaduchu, cmentarnego grobu czy gruzowiska z kamieniołomem. Skrzykujesz chłopaków i po prostu zaczynacie łoić fajny, prosty i wesoły death metal z domieszką rock’n’rolla.





Niektórzy zwą to death’n’roll, co jest znacznym ułatwieniem i zaoszczędzeniem miejsca, ale mnie jakoś ten termin nigdy nie przekonał. I choć Metal Archives w przypadku Fervent Hate podaje właśnie ten termin, to nie sugerowałbym się nim do końca. Nie wiem jak było na poprzednich wydawnictwach (mają jeszcze na koncie jednego pełniaka, demo i EP) bo z tym zespołem spotykam się po raz pierwszy ale tu Peruwiańczycy poza tym, że grają faktycznie szybko, skocznie i do przodu, wplatają sporo ciekawych smaczków. Fakt, że album „Tales of Hate, Lust and Chaos” (cóż za odkrywczy tytuł dla takiej muzy!) mastering i miks przeszedł u Dana Swano, też nie pozostaje bez znaczenia. Szwecję a szczególnie rękę mistrza czuć tu na kilometr. Po prostu jest to Szwecja bardziej do tańca niż do różańca, bo Fervent Hate inspiruje cała masa gatunków i to nie tylko metalowych. Mam wrażenie, że z każdego wyciągnęli coś najbardziej rozrywkowego i wrzucili na swój album. Słyszę tu co najmniej kilkanaście dość znanych kapel, których jak zawsze wymieniał nie będę, bo tego nie robię. Podkreślę jednak, że nie pokusiłbym się o oskarżanie o plagiat – to po prostu silne inspiracje (no dobra, początek czwartego numeru to po prostu At The Gates). Mało tu oryginalności, za to bardzo dużo zabawy i fajnych chwytliwych riffów. Choćby taki „Mrs. Piggy” z lekko bluesowym zacięciem, czy następujący po nim, najlepszy na płycie i będący, w moim odczuciu, hołdem dla Motorhead „Left Iron Fist” (tytuł pewnie nie jest przypadkowy). Zaraz potem znowu mocno szwedzki „Confessions”, choć jednak trochę słabszy od wspomnianego już czwartego „Last Night of Pleasure”. I tak to się kręci. Tu trochę Szwecji, tam rock’n’rolla, za chwilę czysty thrash czy inny d-beat lub po prostu dobra, death metalowa jazda rodem zza oceanu. Jakość produkcji i brzmienia, tak całości jak i poszczególnych instrumentów jest na bardzo wysokim poziomie, co biorąc pod uwagę fakt nagrywania samego albumu w rodzinnym mieście, nie jest tak bardzo oczywiste. No ale kiedy miks i mastering robi ci sam mistrz Dan, to możesz liczyć na wiele. Wiadomo, pan Swano najlepszy okres ma już za sobą, ale słychać, że nie zapomniał jak to się robi. Inna sprawa, że nadal bardzo łatwo poznać jego robotę, co już akurat po tylu latach nie jest tak oczywistym plusem (dobrze czasem coś zmienić). W każdym razie płyta brzmi soczyście, agresywnie i energicznie a przy tym rodzaju muzyki to ważne. 

„Tales of Hate, Lust and Chaos” Ameryki (nawet Południowej) nie odkrywa, ale nie o to chodzi. Rocznie ukazuje się zapewne kilkadziesiąt materiałów w takim stylu i ich rolą jest po prostu dobrze zabawić słuchacza. Ten album tę funkcję spełnia i mi to w zupełności wystarcza. 

Ocena: 7/10

Fervent Hate - „Tales of Hate, Lust and Chaos”. Satanath Records / More Hate Productions, 2018 rok, numer katalogowy SAT191 / MHP 18-272.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz