poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Oddanie.


Dziś nie przeczytacie o żadnym konkretnym albumie. Dziś nie będę zachwycał się żadną krajową, czy zagraniczną nowością. Dziś przeczytacie o zespole, który wielu z Was zapewne zna. Jeśli nawet nie całą ich twórczość, to sama nazwa nie powinna być dla Was zagadką. Nie powinna bo ten zespół to legenda. Nie są co prawda tak znani jak cała masa innych, nie sprzedają tysięcy płyt, nie robią własnej kawy i figurek wokalisty, unikają niepotrzebnego rozgłosu. Skupiają się na tym, co ważne. I dlatego są tak wartościowym zespołem. Dziś będzie o Sadistic Intent i o tym jaką drogą powinien był zawsze podążać ekstremalny metal. Pretekstem do napisania tego tekstu był koncert na Brutal Assault, ale tak naprawdę już dawno chciałem kilka rzeczy z siebie wyrzucić. 



Odkąd pamiętam trwa dyskusja co jest komercją a co nie. Kiedy zostaje przekroczona granica? Czy jej przekroczenie to strzał w kolano czy może po prostu dobre posunięcie w karierze wynoszące kapelę na wyższy poziom? Czy metalowcy mogą być gwiazdami? Czy jeśli słucha mnie więcej niż tysiąc osób a próby w garażu to odległa przeszłość to jestem jeszcze „prawdziwy”? Pytania można mnożyć, odpowiedzi będzie bardzo wiele. Wszystko oczywiście zależy od samego podejścia do metalu. I tu zaznaczam – tekst poświęcony jest ekstremalnym odmianom gatunku, takim jak black i death. Heavy metal z jego stadionami odkładamy na bok. Właśnie, podejście do metalu. Czy gramy go dla kasy i sławy? Czy z potrzeby serca i wewnętrznego powołania. Black i death metal nie powstały po to, by kogokolwiek uczynić sławnym. Black jako najbardziej ideologiczny gatunek miał na początku tylko jeden cel – walkę z chrześcijaństwem. Death też, szczególnie ten zabarwiony diabłem. Można oczywiście powiedzieć – im więcej ludzi będzie nas słuchało, tym mniej będzie wierzyło w te bajki. Niby tak, ale człowiek to niestety często pazerna istota. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Znamy przykłady zespołów, które w pewnym momencie poczuły się jak gwiazdy pop. I zatraciły duszę oraz to co najważniejsze – ducha ekstremalnego metalu. Może lepiej więc pozostać w podziemiu, być wiernym ideałom, chodzić do pracy a metal traktować jako pasję, misję nawet a przede wszystkim miłość. Kiedy zaczynasz zarabiać na tym co kochasz, na tym co powinno nieść konkretne przesłanie, przestajesz być w tym szczery. Pewne rzeczy w życiu najlepiej oddzielić. Oczywiście, możesz kochać stolarstwo i na tym zarabiać, ale metal to coś więcej. Metal to nie praca, metal to muzyka, to sztuka, to wreszcie przekaz i swego rodzaju wojna. Zawsze byłem zdania, że na ekstremalnym metalu nie powinno się zarabiać, bo to zabija cały jego sens. Weźmy choćby tego bloga – mógłbym tu umieścić reklamy i na nich zarabiać. Śmieszne kwoty oczywiście, ale jednak. Nigdy tego nie zrobię, bo pisanie o muzyce to moja pasja. Tak samo widzę granie black czy death metalu. To nie chęć zarobku powinna motywować a czysta miłość do muzyki. Pewna postawa życiowa. Ideały i zasady stojące za nią. Jestem pewien, że wielu z Was pomyśli - „co za naiwniak!”. Ok. Liczę się z tym, bo faktycznie mam bardzo staromodne podejście, wręcz romantyczne. Ale dobrze mi z tym, bo mam głębokie przeświadczenie, że taki był pierwotny zamysł. Niestety, w pewnym momencie wszystko poszło nie tak. Na szczęście są jeszcze zespoły, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że można. 





Choćby taki Sadistic Intent zza oceanu. Tydzień temu dane mi było zobaczyć ich na żywo po raz pierwszy. Wystąpili na Brutal Assault. I choć było jasno, bo wrzucono ich o bardzo nieprzyzwoitej porze, choć nie był to mały klub, gdzie moim zdaniem taką muzykę odbiera się najlepiej, to pokazali co to znaczy death metal. Występ był porywający. Panowie swoje lata już mają, pomimo tego energia aż biła ze sceny. Poszedłem na ten koncert z dużo młodszym ode mnie bratem koleżanki, który nie miał pojęcia o istnieniu Sadistic Intent. I był bardzo zadowolony, że poznał. Dzień bez dobrego uczynku, to dzień stracony, prawda?

Wracając do samego zespołu. W ciągu trzydziestu lat istnienia nie wydał ani jednej pełnej płyty. Ba, generalnie nie wydał za dużo bo dyskografia to: trzy dema, cztery EPki, singiel i dwa splity. Bardzo ubogo, prawda? A jednak, pomimo tego, wśród ludzi, którzy doceniają najwyższej jakości death metal, cieszą się wielkim poważaniem. Grają ten swój piekielny death metal nie oglądając się na innych, pozostając wiernym ideałom. Nie wydają swoich nagrań w tysiącach wersji, super ekstra boksach, kolorowych jak tęcza winylach. Nie mają setek wzorów koszulek ani własnej linii gadżetów. Broni ich muzyka i oddanie tej podziemnej postawie. Dla nich taki Brutal Assault to pewnie była jedna z liczniejszych audiencji w historii zespołu, bo na przykład kilka dni później w Poznaniu słuchało ich kilkadziesiąt osób. Tu oczywiście dochodzimy do kwestii rozpoznawalności, ale powiedzmy sobie szczerze – jak ktoś kocha metal to w nim grzebie. Szuka. Chcąc nie chcąc prędzej czy później dokopie się do Sadistic Intent. Niestety, wielu dzisiejszych metalowców jest leniwych, trzeba im na tacy podać kapelę, najlepiej za pomocą nachalnego marketingu bądź jakiejś chucpy typu „zróbmy sobie prawosławną mszę”. Jestem jednak pewien, że dla panów z Sadistic Intent równie ważny był koncert w Poznaniu jak ten w Jaromerze. Oni doskonale wiedzą na co mogą liczyć i nie będą się sprzedawać tylko po to, by następnym razem poznański klub był pełen ludzi. Ludzi, którzy nawet nie do końca wiedzą o co chodzi, ale przyszli bo modne. Lepszych tych kilkudziesięciu maniaków. 

Można oczywiście wygadywać bzdury w mediach, robić sobie idiotyczne sesje zdjęciowe, łagodzić swoją muzykę, zarabiać sporo kasy na tonach merchu. Można. Ale można też zachować twarz i być wiernym sobie. Samemu sobie z początków działalności, gdy zapał i entuzjazm były największe. No i przy tym grać wspaniały death metal, soczysty, klasyczny, pełen diabła i genialnych riffów. Sadistic Intent to właśnie robi. I bardzo się cieszę, że dane mi było zobaczyć ich na żywo. A jeszcze bardziej się cieszyłem widząc uśmiech na twarzy i fruwające włosy mojego młodego kolegi. O to w tym wszystkim chodzi. 

Niestety, pana od kawy i figurek ustawiono na scenie w doskonałej porze. No ale tak to już teraz jest, że ci najbardziej wartościowi są w tle. Ci, którzy się dobrze sprzedają, choć muzycznie nie mają podskoku, są na świeczniku. Szkoda.

Dobrze, że nie pijam kawy. 

P.S. Zdaję sobie sprawę, że temat, który poruszyłem to kwestia na wielogodzinne dyskusje i długie rozprawy. Starałem się pokrótce pokazać moje stanowisko, więc wybaczcie lekką chaotyczność tekstu. 

Sadistic Intent - „Ressurection of the Ancient Black Earth”. Iron Pegasus Records, 2009 rok, numer katalogowy I.P.012.






"Ressurection of the Ancient Black Earth" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz