środa, 23 maja 2018

Jednoosobowe umiłowanie nocy.


Jakiś czas temu dotarły do mnie dwie płyty jednoosobowego projektu Nyctophilia. I choć koperta opatrzona była znaczkami z Wysp Brytyjskich, twórcą tegoż black metalowego przedsięwzięcia jest nasz rodak. Takich jednoosobowych projektów mamy na scenie sporo i niektóre stały się już nudne jak flaki z olejem – co gorsza, właśnie te, które tak jak Nyctophilia określane są mianem atmospheric/depressive black metal. Pewnie więc nie pochyliłbym się nad tymi dwoma płytami, gdyby nie fakt, że ich twórca zaimponował mi robiąc samemu dosłownie wszystko. No, poza logiem, bo to stworzył Christophe Szpajdel. 


Grief


Pewnie, powiecie – co w tym dziwnego, że zrobił wszystko sam, 
skoro to jednoosobowy projekt? I w dużej mierze będziecie mieli rację. Jest jednak kilka „ale”. Z tymi jednoosobowymi projektami często jest tak, że tak naprawdę to ktoś gościnnie nagra perkę, albo użyjemy automatu, albo ktoś napisze nam teksty bądź nagra linię basu. Jeszcze popularniejsze jest to, że ktoś inny robi miks i mastering materiału. A w przypadku Nyctophilii wszystko zrobił jeden i ten sam człowiek, ukrywający się pod pseudonimem Grief. I to właśnie skłoniło mnie do bliższego poznania jego twórczości i efektów robienia wszystkiego samemu. Zacznijmy od nazwy, bo ta sama w sobie jest ciekawa a do tego pięknie prezentuje się w graficznym wizerunku niezastąpionego Szpajdela. Nyctophilia to, w skrócie, umiłowanie nocy, wiążące się ze smutkiem. Jak już pisałem, mam ostatnio dość tych wszystkich atmosferyczno depresyjnych black metalowych projektów a tu po prostu wszystko trąbi mi ostrzegawczo (nawet pseudonim jedynego muzyka zespołu), że to kolejny. Nic to. Płyty przyszły, trzeba być fair. I dobrze zrobiłem, bo szybko okazało się, że oba materiały to nie jest jakieś tam smętne pitolenie „o szatanie jak mi źle, podaj nóż, potnę się”, tylko kawałek solidnego black metalu. Obie płyty, które posiadam, zostały wydane w 2017 roku („Darkness Calls Upon Me” w wersji CD w 2018). W tymże roku Grief wypuścił jeszcze kilka splitów, singli i EPkę. Sam projekt istnieje od 2014 roku i jak na tak krótki czas, dyskografię ma bogatą. W jej chronologii pierwszym albumem z 2017 roku jest „Dwelling In The Fullmoon Light”. Jest to rzecz trwająca czterdzieści osiem minut, zawierająca sześć długich kompozycji plus intro i outro. Przestraszyło mnie to, bo jak pomyślałem, że przez prawie pięćdziesiąt minut mam słuchać smętnych zawodzeń emocjonalnie rozedrganego miłośnika nocy, to wolałbym chyba pójść na targ i posprzeczać się o cenę pomidorów. Nic z tych rzeczy, pomidory muszą poczekać. Oszczędne intro szybko wprowadza nas w mroczny klimat, po czym dostajemy po głowie klasycznym, choć utrzymanym w średnich tempach black metalem. Na szczęście jest tu także trochę przyspieszeń i zróżnicowanych zabiegów aranżacyjnych. Na szczęście, bo generalnie materiał jest zbyt długi i jednak lekko nużący. Gdyby skrócić każdy kawałek o dwie minuty, byłoby dużo łatwiej dotrwać do końca.

Nie jest to jednak żadne smęcenie i tragikomiczne pitu pitu wypełnione wyciem do księżyca. Grief potrafi tu agresywnie przywalić, choć jak dla mnie zbyt rzadko. Produkcja jak to produkcja w black metalu, krystaliczna być nie musi i nie jest. Kilka rzeczy można by tu poprawić, co podniosłoby jakość słuchania, ale serio – jestem ostatnim gościem, który będzie się czepiał jakości nagrania w black metalu. Całe szczęście, wszystkie mankamenty „Dwelling In The Fullmoon Light” nadrabia „Darkness Calls Upon Me” - materiał wydany pod koniec 2017 roku. Zawiera sześć kompozycji, trwa pół godziny. Jest dzięki temu dużo bardziej strawny, wręcz po prostu przyjemnie się go słucha. Poprawiona została jakość samego dźwięku, więcej tu agresji, utwory są bardziej rozbudowane i złożone. Słowem – wszystko poszło w dobrym kierunku. Mam nadzieję, że w takim właśnie Grief będzie podążał, bo naprawdę ma przed sobą przyszłość. Porównując oba te wydawnictwa, mamy namacalny dowód rozwoju samego muzyka jak i samego projektu. Bardzo cieszę się, że są jeszcze takie twory, które pomimo łatki depressive czy atmospheric, potrafią ucieszyć me ucho, bo inaczej naprawdę zwątpiłbym w ten odłam gatunku. Choć fakt, zwątpienie jest jego nieodłącznym elementem. 

Nyctophilia - „Dwelling In The Fullmoon Light”. Mara Productions, 2017 rok, numer katalogowy MARA 008.

Ocena: 7/10

Nyctophilia - „Darkness Calls Upon Me”. Dark Omens Production, 2018 rok, numer katalogowy Omen 18. 

Ocena: 8/10







"Darkness Calls Upon Me" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz