piątek, 20 kwietnia 2018

Frankfurt, czyli Mainhattan.


Niemiecki thrash ma swoich bogów. Kreator, Sodom czy Destruction, to ci, którzy rozsławili teutońską scenę w największym stopniu i przez wiele lat wiedli prym nad Renem. Ale niemiecki thrash ma też bardzo solidną drugą ligę, która w każdym innym kraju byłaby zapewne ligą pierwszą. Takim solidnym przedstawicielem zaplecza ekstraklasy bez wątpienia zawsze był Tankard. Ci piewcy piwa z Frankfurtu grali od początku trochę inaczej, lżej, bardziej skocznie i imprezowo ale zawsze można było spodziewać się po nich dobrego kawałka muzyki. I tak jest do tej pory, czego nie można na przykład powiedzieć o Kreator czy Destruction.


Tankard 1994


W gronie moich kolegów, z którymi przyszło mi poznawać metalowe światy, mieliśmy człowieka, który Tankard polubił bardzo szybko i przedstawił go nam wszystkim. To były jeszcze pirackie kasety, bez tekstów i reszty ciekawych informacji, ale posiadały okładki a jak wiadomo okładki Tankard zawsze przyciągały uwagę. W 1994 roku Niemcy wydali „Two-Faced” i chyba właśnie poprzez okładkę zwróciłem szczególną uwagę na ten właśnie album. Wiadomo, Tankard nigdy od polityki czy tematów społecznych nie uciekał, więc obraz przedstawiający dwulicowego mężczyznę trzymającego dziecko, był jak najbardziej na miejscu. Swoją drogą, teraz, po latach, bardzo ta twarz kojarzy mi się z Harveyem Dentem potraktowanym benzyną, z filmu „Dark Knight” (jeśli nie widzieliście, polecam choćby dla najlepszego Jokera w historii ekranizacji Batmana).





Oczywiście okładka mogła zwrócić moją uwagę, ale to jednak muzyka zawarta na „Two-Faced” spowodowała, że ta płyta ze mną została aż do dzisiaj. Mniej tu piwa i rock’n’rolla, więcej tematów poważnych, zaangażowanych społecznie. Ale stary dobry thrash jest i to w dawce przekraczającej standardowe stężenia. Ciekawe jest jednak to, że utworem, który zawsze i wszędzie będzie mi się kojarzył z tą płytą jest thrash metalowa ballada. Wiem, dziwnie to brzmi, bo kto kiedykolwiek słyszał thrashową balladę? No właśnie. Wydaje mi się, że jest taka tylko jedna. Nosi tytuł „Days of the Gun” i znajduje się na „Two-Faced”. Ten utwór tak mnie rozwalił, zrobił na mnie takie wrażenie, że mogę go zanucić zawsze i wszędzie. I choć może wyda się to dziwne, bo w tamtych czasach najważniejsza była dla mnie brutalność muzyki, to klimat tego utworu kompletnie wynagrodził jego spokojny nastrój. Tekst o przemocy i przestępstwach oraz ich następstwach bardzo dobrze współgra z przewodnim riffem. Kiedy w końcówce przychodzi przyspieszenie, wraz z nim nachodzi nas refleksja dotycząca w gruncie rzeczy bezradności systemu. Dzwoń po matkę, do żony, do adwokata, na policję – krzyczy Gerre. Tylko po co? Co z tego? Co to da? Oczywiście nie tylko „Days of the Gun” to interesujący utwór na tym albumie. Weźmy taki „Mainhattan”, będący po prostu wnikliwym opisem rodzinnego miasta, Frankfurtu. I nie jest to w żadnym wypadku hołd, bo dużo tu ironii i goryczy ale są też pozytywy – choćby ich ukochany Eintracht. Płytę otwiera zapadające w pamięć intro do „Death Penalty”, fragment rozprawy sądowej z ogłoszeniem wyroku i wysłaniem delikwenta na krzesło. „Cyberworld” to w pewnym stopniu przepowiednia komputeryzacji (pamiętajmy, to był 1994 rok) i uzależnienia od cyfrowego świata. Tytułowy „Two-Faced” pełen wkurwienia i złości, tak tekstowo jak i muzycznie. No i dwa wesołe kawałki będące w pełni odzwierciedleniem stylu Niemców - „Up from Zero” i „Jimmy B. Bad”. Nóżka sama tupie a głowa podskakuje. A do tego wszystkiego taneczny cover frankfurckich punkowców Strassejungs zaśpiewany po niemiecku. Ta płyta co chwilę oferuje coś nowego, pomimo dwunastu utworów, co jak na standardy thrashowe jest liczbą dużą, nie nudzi ani na chwilę. Zdecydowanie, po dzień dzisiejszy, mój ulubiony album Tankard. Dzięki Kołtun za poznanie nas ze sobą. 

Posiadam ładne wznowienie, kupione dopiero w 2018 roku. 

Tankard - „Two-Faced”. Noise Records, 2018 rok, numer katalogowy NOISECD044.





"Two-Faced" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz