piątek, 23 marca 2018

W górę sztandary zwątpienia!

Są zespoły, które z płyty na płytę uwielbiamy coraz bardziej. Rozwijają się, choć uparcie trzymają się pewnych wypracowanych i założonych na początku drogi ram stylistycznych, pozostając szczerymi wobec siebie i fanów. Jednym z takich zespołów w moich oczach jest Voidhanger. Nie zalewa nas masą wydawnictw, ale kiedy już uderzy to celnie. Właśnie wypuścili swój trzeci album i jedyne co można zrobić, to dać sobie przylać. Można też krzyknąć „naprzód, donikąd!” i ruszyć z pięściami na cały świat. Bo to jest płyta, która mogłaby być ścieżką dźwiękową rewolucji. Gdybym prowadził ludzi na barykady, chciałbym by słuchali „Dark Days of the Soul”.




I cóż mądrego można napisać o takim albumie? O płycie, której należy słuchać na stojąco, bo nie wiadomo w którym momencie zechcecie kogoś kopnąć? O płycie, która zagrzewa do szaleństwa lepiej niż dopalacze? Chyba tylko – kupcie, odpalcie ale miejcie w pobliżu kaftan bezpieczeństwa, bo możecie stać się nieobliczalni. Ładunek energii na tym albumie jest tak niesamowicie skondensowany i silny, że można to porównać chyba tylko do wybuchu bomby atomowej w zatłoczonym barze, w którym właśnie toczy się totalna awantura. Voidhanger nie odpuszcza ani na moment. Atakuje, kopie, gryzie, daje po ryju. Pluje, przeklina, wymiotuje i patrzy na cierpienie wszystkich wokół. Trzyma sztandar zwątpienia w ten Świat bardzo wysoko i ponieważ wie, że nadziei nie ma, niszczy. Dosadnie mówi nam, jak ohydna jest rzeczywistość, zadając nam fizyczny ból zaprasza do ostatniej, straceńczej zabawy na zgliszczach poprawnie politycznego Świata. Na zgliszczach zakłamania i obłudy. Na trupach wrogów ale i na naszych własnych martwych duszach. Bo nie ma już nic i nie będzie. Bo to jest koniec końców. Bo to są ciemne dni duszy, a pustka wypełnia serca. Krzyczy - „naprzód!” by po chwili dodać „donikąd”, bo już żadnego celu nie ma, tylko nicość. Tylko śmierć. Voidhanger napełnia nas energią, siłą i mocą, ale także zwątpieniem i przeświadczeniem, że nic już sensu nie ma. Że ta walka, nie ważne jak się skończy i tak będzie przegrana, bo jest bezcelowa. Ale jednak wciąga nas w to szaleństwo, bo czemu przed śmiercią nie zapomnieć się na pół godziny i porzucić wszelkie hamulce? Szczególnie, że muzycznie jest to dzieło wyborne. Nie bardzo znam się na gatunkach innych niż metal, ale wiem, że jest ich tu trochę. Sporo tu wściekłego punka, d-beatu kojarzącego mi się ze Szwecją oraz naładowanego sterydami Honoru. Jest oczywiście i thrash i death, jednak w tej mieszance to nie one wiodą prym. Przede wszystkim jest to po prostu niesamowita jazda bez trzymanki, rollercoaster bez ograniczeń. Taki z taranem i karabinem maszynowym na przedzie. Słucham tego albumu regularnie od jego premiery i pomimo tego, że nie jest to artystycznie wysublimowane dzieło, nie nudzi mi się ani trochę. Za każdym razem ta niesamowita energia porywa mnie całkowicie. A „High on Hate” to taki numer, że mam ochotę od razu chwycić za sztandar i kamień brukowy! No i powinni grać go w radio, bo taki to hicior. Do porannej kawy/herbaty jak znalazł. 

Jest taka scena w Czasie Apokalipsy, gdy kawaleria powietrzna swoimi śmigłowcami atakuje wioskę pełną Vietcongu. Podpułkownik Killgore puszcza z głośników swoich maszyn „Cwał Walkirii” Wagnera, by żółtków nastraszyć. Jestem pewien, że puszczałby im „Dark Days of the Soul”, gdyby już wtedy istniała. Bo ta płyta to wezwanie do broni. A przecież nigdy nic nie wiadomo. W końcu wojna jest pewna, pokój nie. 

Ocena: 9/10

Voidhanger - „Dark Days of the Soul”. Agonia Records, 2018 rok, numer katalogowy ARCD181.







"Dark Days of the Soul" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz